Chcieliśmy zmienić swoje życie

To miał być wyjazd ich życia. Marzyli, że dzięki pracy w Anglii wykończą dom, zamieszkają na swoim, założą gospodarstwo agroturystyczne.
/ 31.05.2006 09:57
Kiedy pięć lat temu Barbara i Krzysztof brali ślub, nie przypuszczali, że tak bardzo będą musieli brać się z życiem za bary. On, mechanik samochodowy, miał stałą pracę. Ona zaocznie studiowała marketing i zarządzanie. Zamieszkali na parterze domu jej mamy. Odnowili swój pokój z kuchnią, położyli tapety, kafelki, podłogi. Nie minął miesiąc, gdy latem 2001 roku wezbrane wody Wisły zalały Zalesie Gorzyckie i ich parter. Nim ponownie pomyśleli o remoncie, na świat przyszedł ich syn, Dawid. – Nie mieliśmy pieniędzy i miejsca na rodzinę, ale byliśmy szczęśliwi – mówi 27-letnia Basia Mysza.

Najpierw wyjechała Barbara
Myśleli o drugim dziecku i własnym domu. Ale z jednej pensji nie było ich stać na spełnienie marzeń, dlatego podjęli decyzję o wyjeździe do pracy za granicę. Najpierw pojechała Barbara. Na Sycylii opiekowała się starszą osobą. Potem w Belgii zbierała szparagi. Praca była ciężka, fizyczna, ale dobrze płatna i zwierzchnik dbał o podwładnych. Jednak Krzysztof martwił się o nią, zdecydował więc, że teraz on weźmie urlop i wyjedzie na kilka miesięcy. W jednej z podkarpackich gazet Basia znalazła ogłoszenie centrum ofert pracy „Alma”, które oferowało dobrze płatne zajęcie przy zbiorze żonkili w Anglii. Pojechała do biura. – Właścicielka powiedziała, że to praca na akord, ale się opłaca. Miesięcznie można odłożyć nawet 6 tys. zł – opowiada Barbara. Zaskoczyła ją tylko cena, bo wyjazd miał kosztować 1780 zł. Ale właścicielka wytłumaczyła, że to koszty przewozu autokarem, tłumaczenia dokumentów i załatwienia pozwolenia na pracę.
Krzysztof wziął urlop. Za radą właścicielki biura „Alma” przeszedł badanie lekarskie, kupił ubrania ochronne, buty polowe, jedzenie, środki czystości do domku, w którym miał mieszkać, 50 funtów na opłatę za pierwszy tydzień korzystania z niego i drugie tyle na wszelki wypadek. Łącznie wyjazd kosztował ich 3500 zł. – Zadzwoniłam do tej pani. Chciałam się upewnić, czy mąż będzie miał tam pracę, bo dla nas to był ogromny wydatek – mówi Barbara. – Zapewniła mnie, że bez problemu zbierze codziennie wymagane 16 skrzynek żonkili i zarobi na nas i na siebie, więc pojechał.

Jedno wielkie oszustwo
– Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem! – denerwuje się Krzysztof. Wraz z nim na spotkanie z „Przyjaciółką” umówiło się sześć osób, które skorzystały z oferty „Almy”. Wszyscy są bezrobotni. Praca w Anglii była dla nich jedynym sposobem na wyrwanie się z marazmu.
Przyjechali do małej miejscowości Penzance na południu Anglii. – To było odludzie, do najbliższego sklepu siedem kilometrów, wokoło żadnych sąsiadów, tylko tzw. karawany – domki turystyczne podobne do tych, które u nas stawia się na działkach, a w których mieliśmy zamieszkać – mówi Kin-
ga Zygmont, jedna z poszkodowanych. – Otworzyłam drzwi naszego karawanu i uderzył mnie smród stęchlizny – dodaje Marta Lis. – Nie mogliśmy powiesić ubrań w szafie, bo zaraz były wilgotne, i za to mieliśmy płacić 50 funtów tygodniowo! A osobno za prąd i gaz, no i zadatek w wysokości też 50 funtów! W ogóle nie byliśmy na to przygotowani – mówi Krzysztof.
Na miejscu dowiedzieli się, że Anglik, u którego zamieszkali, nie jest farmerem, jak mówiono im w „Almie”, tylko pośrednikiem, i wysyła Polaków do pracy, gdy któryś z okolicznych rolników zgłosi mu takie zapotrzebowanie. – A oni nie mieli dla nas pracy. W domkach mieszkali Polacy, którzy przyjechali trzy tygodnie wcześniej i od tamtej pory czekali na zbiór żonkili lub kapusty. Byli bez grosza, a przez cały czas musieli płacić za wynajem. Nie mieli na opłatę za prąd, nie mogli się umyć, ugotować sobie czegoś ciepłego. Żonkile zaczęły kwitnąć dopiero kiedy myśmy przyjechali – mówi Kinga. Jej mąż, Józef, jako jedyny z tej grupy poszedł do pracy. – Jestem ze wsi, w Niemczech pracowałem w polu, umiem pracować na akord, ale tam w ciągu czterech godzin zapełniłem żonkilami tylko jedną skrzynkę, bo nie było więcej kwiatów! To był obóz! Anglik chodził otoczony ochroniarzami, którzy nas straszyli, że tak łatwo stąd nie wyjedziemy. – mówi Józef. Tego samego dnia niemal cała grupa zdecydowała, że wraca do kraju.

Krzysztof wrócił bez grosza przy duszy
– Długo trwało, nim właściciel kempingu oddał nasze paszporty i zadatki. Musieliśmy dzwonić na policję i do ambasady, żeby się nas przestraszył i zaczął traktować poważnie – twierdzą zgodnie.
Do kraju wrócili za ostatnie pieniądze. Krzysztof jeszcze na tydzień zaczepił się u znajomych w Londynie i tam szukał jakiegoś zajęcia, by odrobić stracone pieniądze, ale nie znał języka i musiał wrócić. Za ostatnie funty kupił bilet do kraju i zabawkę dla synka.
– „Nigdy cię nie puszczę samej za granicę” – to były pierwsze słowa, jakie usłyszałam od niego po przyjeździe. „Nie pozwolę, żebyś tak cierpiała!” – wspomina Barbara. Krzysztof dodaje: – Byłem wściekły, że przez tę kobietę straciłem nasze oszczędności. A co by było, gdyby pojechała moja żona?

Jak by sobie tam poradziła?
Kiedy on był jeszcze za granicą, ona już działała. Zadzwoniła do polskiej ambasady w Londynie, nagłośniła sprawę w lokalnych gazetach i złożyła doniesienie do prokuratury o wyłudzeniu pieniędzy przez właścicielkę „Almy”
. – Byłam też u tej pani, ale wszystkiego się wyparła. Zrzuciła winę na męża i innych. Twierdziła, że nie chciało im się pracować – stwierdza Barbara. Helena S., właścicielka centrum i biura usług turystycznych „Alma”, nie ma sobie nic do zarzucenia: – Miałam pecha, że poznałam tych ludzi, przez nich straciłam 23 tys. zł, bo bez pozwolenia opuścili miejsce pracy. A ja jak matka stanęłam na wysokości zadania. Mieszkałam w tych domkach. Są ładne, duże, dwu- i czteroletnie. A wilgoć jest, bo to 800 metrów od morza. Zrywałam żonkile, w trzy minuty miałam 40 sztuk, więc z łatwością zebrałabym i 16 skrzynek. A ten Anglik nie jest pośrednikiem, tylko farmerem. Bardzo się cieszę, że prokuratura zajęła się tą sprawą.

Prokurator działa
Prokuratura na razie przesłuchuje świadków. – Nie wiemy, kiedy to się zakończy, bo w sprawę zamieszani są również obywatele brytyjscy. Do nas na razie zgłosiło się ponad 20 osób – wyjaśnia Krzysztof Głuszak z Prokuratury Rejonowej w Tarnobrzegu.
Barbara Mysza obiecuje, że nie zostawi tej sprawy. – Nie wolno bezkarnie żerować na ludziach. Możemy pracować za granicą i chcemy tę szansę z godnością wykorzystać.

Dzwoń po pomoc
Szukasz pomocy za granicą? Dzwoń na policję (tel. 112 w Unii Europejskiej) i do polskich ambasad.
Ambasada RP w Brukseli (Belgia), tel. 0 0322 739 01 01,
Ambasada RP w Madrycie (Hiszpania), tel. 0 034 913 73 66 05,
Ambasada RP w Londynie (Wielka Brytania), tel. 0 044 870 774 27 00.

Zawsze sprawdź pośrednika
Jeśli szukasz pracy za granicą i chcesz skorzystać z agencji pośrednictwa pracy, sprawdź:
– czy pośrednik ma certyfikat (wykaz agencji jest na stronie www.kraz.praca.gov.pl),
– czy zawarł umowę z pracodawcą zagranicznym i czy wysyłał już do niego pracowników. Poproś o numer telefonu do pracodawcy lub osób, które skorzystały z jego usług,
– czy zgłosił działalność gospodarczą do ewidencji działalności gospodarczej lub do Krajowego Rejestru Sądowego. Od jak dawna ją prowadzi i czy ma własne biuro,
– sprawdź adres i numer telefonu pośrednika,
– przed wyjazdem domagaj się podpisania umowy, w której będą podane warunki pracy, płacy i należne świadczenia,
– nigdy nie płać przed wyjazdem za mieszkanie za granicą oferowane przez pośrednika.
Pamiętaj! Polski pośrednik nie ma prawa pobierać opłat za załatwienie pracy!

Anna Grzelczak

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/09.06.2012 17:55