mężczyzna, facet, chłopak, przystojniak

Ciężkie życie pantoflarza

Żal mi było naszego sąsiada. Żona nieźle dawała mu w kość, a on potulnie to znosił. Ale do czasu! Pewnego dnia baba hetera po prostu... zniknęła!
/ 19.03.2009 12:25
mężczyzna, facet, chłopak, przystojniak
Kiedy rok temu przeprowadziliśmy się do wymarzonego domu na przedmieściu, moje szczęście nie miało granic. Mieliśmy wreszcie własny ogródek, wdychaliśmy czyste powietrze, i sąsiedzi byli nadzwyczaj mili. Zwłaszcza ci najbliżsi, tuż za płotem, stanowili ciekawy obiekt obserwacji. Byli jakby żywcem wzięci z dowcipów. Ona – hetera o donośnym głosie, on – cichy i zahukany pantoflarz. Facet wyglądał sympatycznie, choć przez cały czas nie znikał mu z twarzy uśmiech w stylu "przepraszam, że żyję". Chodził jak szwajcarski zegarek, sterowany komendami przez herod babę. "Przenieś, podaj, pozamiataj...!".
Sąsiadka była właścicielką firmy kosmetycznej specjalizującej się w ekologicznych kosmetykach, więc zarabiała krocie i była przyzwyczajona do zarządzania ludźmi. Ale, jak się później dowiedziałam z plotek w sklepie, to właśnie on opracował receptury, na których sprytna żona zbiła kasę. Potem żona znalazła sobie innych naukowców, a mąż poszedł w odstawkę. I teraz żył, a właściwie wegetował, całkowicie zdany na łaskę megiery. Jego jedyną rozrywką był ogródek, w którym spędzał każdą wolną chwilkę. Ciągle coś grabił, kopał, przycinał, albo... ukradkiem popalał fajkę w małej szopie, bo w domu pewnie żona mu zabraniała. Wzbudzał we mnie litość. "Jak ten facet to wytrzymuje?! Ja, na jego miejscu zatłukłabym głupią babę i każdy sąd by mnie uniewinnił!" – myślałam.
Co gorsza – jej zamężna córka, która często wpadała w odwiedziny, traktowała swojego ojca podobnie. Własnym mężem też już zaczynała dyrygować. Czyli rośnie kolejny pantoflarz w tej rodzinie.

Wydarzenia z tamtej styczniowej nocy zapamiętałam na długo. Około pierwszej obudziłam się, bo miałam wrażenie, że ktoś jest w ogrodzie. Podeszłam do okna i zerknęłam zza zasłony. Ku mojemu zdziwieniu dostrzegłam za płotem mojego biednego sąsiada, który nie bacząc na późną porę, pieczołowicie uklepywał ziemię wokół trzech choinek.
"No tak" – pomyślałam ze współczuciem. – "Przytargał je przed świętami, bo ekologiczna małżonka najwyraźniej nie tolerowała ciętych świerków. Takie z korzeniami można odzyskać i zasadzić, ale trzeba nie mieć serca, by kazać to robić starszemu panu w środku nocy. Boże, co za wredna baba!" Wróciłam do łóżka, ale jeszcze zanim zasnęłam, usłyszałam odgłos odpalanego silnika samochodu.

Następnego dnia obudziłam się później niż zwykle. Pomyślałam, że to przez nocne wstawanie, ale zaraz uświadomiłam sobie, że zwykle budziły mnie krzyki sąsiadki. A tym razem nic, cisza. A potem usłyszałam jak ktoś za oknem radośnie pogwizdywał. Narzuciłam na siebie ciepłą kurtkę i wybiegłam do ogrodu.
Nie wierzyłam własnym oczom! Mój sąsiad chodził wyprostowany po ogrodzie, pogwizdywał, a w ręku trzymał cygaro. Na mój widok radośnie pomachał ręką.
– Witam, pani Aniu! – zawołał. – Czyż nie piękny dzień mamy dzisiaj?
– Piękny, panie Henryku – przyznałam. – A małżonka śpi jeszcze?
– A skąd! Wyjechała do jakiejś koleżanki, czy do matki, czy gdzieś...
– No, to już rozumiem – wskazałam palcem na cygaro.
– Trzymałem na specjalne okazje – szepnął i puścił do mnie oczko.
Odmrugnęłam bez wahania, ale mój wzrok jakoś tak mimowolnie odbiegł ku trzem choinkom, zasadzonym w nocy przez pana Henryka. Po krzyżu przeszedł mi zimny dreszcz.

Afera wybuchła tydzień później. Rano obudziły nas krzyki. Myślałam, że wróciła żona pana Henryka, ale kiedy wyszłam na ganek, okazało się, że przed domem stoi jego córka. Ale krzyczała tak samo.
– Do jakiej przyjaciółki?! Mama nie ma żadnych przyjaciółek?!
– Tu się z tobą zgodzę – pan Henryk spokojnie potaknął.
– Nie odbiera komórki! – wrzasnęła córka, nie rozumiejąc aluzji.
– Nie chce, żeby jej przeszkadzano...
– Ja jej nigdy nie przeszkadzam.
– A mnie akurat przeszkadzasz. Jajecznica mi stygnie – odparł pan Henryk i zatrzasnął jej drzwi przed nosem.
Dziewczyna nie zamierzała odpuścić. Wyjęła komórkę i szybko wybrała numer.
– Policja? – wrzasnęła do słuchawki. – Chcę zgłosić zaginięcie mojej matki!
Po kilkunastu minutach przyjechał patrol. Ot, weszli, spisali zeznania i wyszli, mimo protestów córki. Kiedy wszystko ucichło, wyszłam na ganek i przyglądałam się sąsiadowi, który jakąś maszyną traktował zmarzniętą ziemię.
– Panie Henryku, ja wiem – wypaliłam.
Nagle skurczył się i znów przypominał mi tego pantoflarza sprzed kilku dni.
– Ale... skąd?
– Tydzień temu w nocy obudziłam się i widziałam, jak pan zakopuje... choinki.
– Wyda mnie pani?
– Nie – odparłam. – Ale czy pan da radę żyć z tą świadomością?
– Ja bym dał radę bez trudu. Ale nie chcę stwarzać nikomu problemów...
Pocałował mnie w rękę, westchnął ciężko i wszedł do domu. Za niecałe pół godziny przyjechała policja, a pan Henryk wyszedł elegancko ubrany i z małą walizeczką w ręce. Posłał mi smutny uśmiech i wsiadł do radiowozu.

Rok później zobaczyłam go znowu. Jakby nigdy nic wszedł do swojego domu, otworzył okna i zapalił cygaro. Jak burza wpadłam do niego.
– Jak to dobrze, że pan wrócił, panie Henryku – zawołałam uradowana.
– Ja też się cieszę, pani Anno. Widzi pani przed sobą człowieka niewinnego... – znacząco zawiesił głos.
Chciałam wiedzieć, jak to się stało. Pan Henryk zaparzył nam obojgu herbaty i zaczął opowiadać.
– Tej pamiętnej nocy pokłóciłem się z żoną. Rzadko się z nią kłóciłem, to raczej ona krzyczała na mnie – uśmiechnął się cierpko. – Poszło o coś bardzo poważnego – zażądała, bym rzucił palenie. Kiedy połamała ukochaną fajkę, jaką miałem po ojcu – nie wytrzymałem. Wygarnąłem jej, co o niej myślę. Kiedy skończyłem – ruszyła na mnie jak rozjuszony nosorożec. Byłem pewien, że chce mnie zabić... I wtedy ją odepchnąłem. Z całych sił. Odrzuciłem ją na dwa metry, a wie pani, że to nie była kruszynka. Ustała na nogach, ale nagle upadła na plecy. Uderzyła głową o podłogę z taką siłą, że krew trysnęła, jak na jakimś filmie. A ja przez dziesięć minut nie byłem w stanie nawet drgnąć...
Delikatnie upił łyk herbaty.
– A potem... wszystko pani wie. Zakopałem w ogrodzie, a samochód zawiozłem do lasu i wróciłem na piechotę. Starałem się zachowywać tak, jakby nic się nie stało, ale pojawiła się córka, potem policja, no i pani... Więc się przyznałem.
– Ale pana puścili?
– Okazało się, że... to był wypadek!
– Jak to?! – pytałam zdumiona.
– Sekcja zwłok wykazała, że moja żona umarła na zawał serca. Zanim upadła na podłogę, już nie żyła...
Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.
– Zostałem uniewinniony, ale uznano mnie za hmm... niepoczytalnego. Z racji tego nie mogę przejąć firmy żony, ale zrobi to zięć. Był przy mnie, dodawał otuchy, wynajął adwokatów.
– A córka?
– Na szczęście chłopak przejrzał na oczy. Rozwiedli się – odparł ze śmiechem. – Córka nie chce mnie znać, ale Jacek to porządny chłop. Wprowadzi się do mnie za parę dni. Jest moim prawnym opiekunem.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!