Doktor Zosia apeluje!

W afrykańskim Sierra Leone, co trzecie dziecko umiera, zanim osiągnie pięć lat. Żeby żyło, wystarczy szczepionka, która w Polsce kosztuje tylko 40 groszy.
/ 05.07.2006 13:59
Gdybyśmy codziennie odłożyły złotówkę, po miesiącu życie zawdzięczałoby nam aż 75 dzieci w Sierra Leone! – To właśnie chcę uświadomić ludziom w Polsce – powiedziała dziennikarzom na lotnisku w stolicy tego kraju Małgorzata Foremniak. Aktorka poleciała tam z transportem szczepionek jako ambasador dobrej woli UNICEF – oenzetowskiej organizacji pomagającej dzieciom. Towarzyszyłam jej w tej niezwykłej wyprawie.

Doktor Zosia szczepi
Aktorka zostawiła swoje obowiązki i przyjechała do kraju, o którego istnieniu mało kto w Polsce wie, aby poznać sytuację dzieci, którym chce pomóc. Nie jest tylko biernym obserwatorem. Kiedy na przykład przyjechałyśmy do punktu szczepień w Kenema, jak doktor Zosia z serialu „Na dobre i na złe” – sama zaszczepiła kilkadziesiąt dzieci. W małym, dusznym pomieszczeniu jedynymi sprzętami są stół i krzesło. Przysiadają na nim kolejne mamy z dziećmi. Dookoła tłum kobiet cierpliwie czekających na swoją kolej. Wiedzą, że dla ich maleństw to jedyna szansa na przeżycie.
W kraju, w którym umiera co trzecie dziecko, akcja szczepienia dzieci to wydarzenie wyjątkowe. Kobiety przychodzą odświętnie ubrane, a lekarzy wita miejscowa starszyzna. Maluchy natychmiast otaczają Małgorzatę Foremniak ciasnym kręgiem, chwytają za ręce, siadają na kolanach. Uwielbiają bawić się jej blond włosami. Kiedy żegnamy się z nimi, nie chcą wypuścić jej rąk. Wiedzą doskonale, że każda wizyta kogoś w niebieskiej koszulce z napisem UNICEF to szansa na to, że będzie się im lepiej żyło.
W pięciomilionowym Sierra Leone niedawno zakończyła się 11-letnia wojna domowa. Brak tu dróg, szkół, lekarzy, czasem wody. Prąd jest tylko kilka godzin w ciągu dnia. Po zmierzchu nawet miasta pogrążają się w głębokich ciemnościach. Do tego potworny upał i – co odczuliśmy na sobie – wyboiste drogi.
Kiedy jedziemy ze stołecznego Freetown do Kenema we wschodniej części kraju, Małgorzata Foremniak zastanawia się: – Czy ja się w ogóle do tego nadaję? Wciąż nie wiem... Wieczorem popłakuję sobie w hotelu, bo przypominają mi się przeżycia z całego dnia. Dzieci, które z ufnością patrzą mi w oczy, ich matki, w cichości znoszące cierpienie. Wiem, że muszę w sobie zwalczyć to chlipanie, bo tu przecież nie chodzi o takie babskie współczucie.
Innego dnia, w Kowa, na południu kraju, nasza grupa jak co dzień szczepi ponad setkę dzieci. Małgorzata Foremniak rozdaje matkom moskitiery. Zawieszone nad łóżkami uchronią dzieci i dorosłych przed ukąszeniami komarów przenoszących śmiertelną malarię.

Wyrwać śmierci z rąk
W Kowa poznajemy Bendu Massaquoi, osiemnastoletnią trzecią żonę starszego od niej o 20 lat Shiaka Massaquoi. Bendu nigdy nie była u lekarza i nie chodziła do szkoły. Od najmłodszych lat wiedziała, że będzie żoną Shiaka. Najstarsza z jego żon straciła troje z pięciu dzieci, a druga dwoje z trzech. Dzieci te umarły na odrę lub malarię – choroby, które w Europie kilkadziesiąt lat temu wyeliminowano za pomocą szczepionek. Tymczasem w rodzinie męża Benu ten pomór uznano za efekt działania klątwy. Od chwili, kiedy zaszła w ciążę, Bendu bała się jej spełnienia. W chwili gdy z nią rozmawialiśmy, jej syn miał już prawie 8 miesięcy.
Do Kowa przyjechałyśmy poza ustalonym wcześniej grafikiem. Wezwała nas administracja dystryktu. W odległych o 100 km od Kowa wioskach szalała już epidemia odry. Trudno opisać uczucie, jakie miałyśmy, szczepiąc te dzieci – wyrywałyśmy je niemal śmierci z rąk!
– Nie chcę nikogo do niczego przekonywać – mówi Małgorzata Foremniak. – Chcę tylko obudzić w ludziach chęć dzielenia się tym, co mają. Bo to nie bogacze i wielcy sponsorzy wspomagają tę akcję. To zwykli ludzie, wpłacający stosunkowo niewielkie kwoty na UNICEF, sprawili, że dzieci w Kowa przeżyją.

Otwórzmy serca
W Sierra Leone UNICEF zajmuje się nie tylko szczepieniami. Wybudowano tu też i wyposażono już kilka szkół, w których nauka jest bezpłatna. Bo w Sierra Leone tylko kilkanaście procent dzieci chodzi do szkoły. Dla reszty jest ona zbyt droga – rok nauki kosztuje około... 60 złotych! Wielu nastolatków, których spotykamy, to byli żołnierze – uczestnicy wojny domowej z lat 90. To dlatego wciąż natykamy się na młodych chłopców pokrytych bliznami lub potwornie okaleczonych. Przerażająca jest myśl, że kiedy w roku 1999 zawarto rozejm, mieli nie więcej niż 15 lat!
Z perspektywy Warszawy nieszczęście Sierra Leone przytłacza, ale przecież jest tak, że jeżeli zechcemy pomóc, to nawet niewielkim wysiłkiem możemy ocalić setki ludzi. Jeśli Polacy otworzą serca, tak jak marzy o tym Małgorzata Foremniak – ona przyjedzie tu jeszcze raz, wioząc ratujące życie szczepionki. Bo ci, którzy tu mieszkają, nie mają nic, poza wiarą, że o nich nie zapomnimy.

W Sierra Leone co piąta kobieta nie przeżywa porodu, współczynnik śmiertelności niemowląt wynosi 2 do 10, a co trzecie dziecko umiera w ciągu pierwszych pięciu lat – nigdzie na świecie statystyki nie są tak złe.

Katarzyna Montgomery

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/05.07.2006 21:29
Bardzo wzrusza mnie cierpienie innych ludzi a zwlaszcza malych dzieci dlatego popieram takie akcje. Chcialabym sie dowiedziec czegos wiecj o akcjach UNICEF-u ijak sama moglabym pomoc!!