Gdzie ja miałam oczy

Gdzie ja miałam oczy

Zauroczyły mnie słodkie słówka i nie dostrzegłam, o co naprawdę chodzi mojemu ukochanemu.
/ 20.09.2007 16:13
Gdzie ja miałam oczy
Boję się myśleć, co by się ze mną stało, gdyby nie Andrzej. Wiem, byłam naiwna... Ale
z drugiej strony, nie można przecież węszyć podstępu na każdym kroku.

Czy każda kobieta koniecznie musi wyjść za mąż? Moja mama uważała to za oczywiste. Jej zdaniem najpóźniej w wieku dwudziestu pięciu lat powinnam założyć rodzinę a dziecko urodzić przed trzydziestką. Na moje nieszczęście miałam adoratora, którego mama widziała od dawna w roli swojego zięcia. Był to mój kolega Andrzej, którego znałam jeszcze z czasów liceum. Nie przypadł mi do gustu już w momencie, kiedy się poznaliśmy. Chudy, niezgrabny, nieśmiały. Nigdy nie widziałam go w towarzystwie innych dziewczyn. Chadzał sam, tylko sobie znanymi ścieżkami. Nie podobał mi się i wcale tego nie ukrywałam, ale jego to nie zniechęcało.
– Może kiedyś, za dwadzieścia lat, jak nikogo sobie nie znajdziesz, to dasz mi jakąś szansę – mawiał.
– Andrzej, odpuść sobie – tłumaczyłam. – Nigdy nie będziemy razem. Możemy być tylko kumplami – dodawałam.
No i byliśmy. Z Andrzejem mogłam rozmawiać o wszystkim, także o pracy, która powoli stawała się sensem mojego życia.
Mieszkałam w dosyć małym, ale uroczym miasteczku, które odwiedzali niekiedy zbłąkani turyści. Zwłaszcza w wakacje było ich dużo, a ja miałam ręce pełne roboty, ponieważ pracowałam w dosyć ekskluzywnym, jak na miejscowe warunki, sklepie z pamiątkami, prezentami, biżuterią, generalnie wszystkim, co może zainteresować poszukiwaczy nowych wrażeń. Byle kto nie mógł pracować w takim miejscu. Musiałam doskonale znać historię mojej okolicy, wiedzieć, co się dzieje się w kulturze, no i być w stanie porozumieć się po angielsku.

Bardzo lubiłam swoją pracę. Codzienne obcowanie z ludźmi dodawało mi pewności siebie. Mój szef, pan Leon, również zauważył moje zaangażowanie. Co roku dostawałam podwyżkę i coraz bardziej odpowiedzialne zadania.
– Jak tak dalej będziesz pracować, to niebawem zostaniesz moją zastępczynią – powiedział mi pewnego razu.
Ucieszyłam się niesamowicie i jeszcze tego samego dnia po pracy poszłam do mojej najlepszej koleżanki Karoliny przekazać fantastyczną nowinę.
– Możliwe, że zostanę zastępcą szefa! – krzyknęłam jeszcze zanim zamknęłam za sobą drzwi.
– To wspaniale! – ucieszyła się. – Zawsze wiedziałam, że coś w życiu osiągniesz, Gosiu. Musimy to uczcić!
– Chodźmy na dyskotekę. Już dawno nie wychodziłyśmy – zaproponowałam, choć nie przepadam za tańcami.
– Ty jesteś szefem – uśmiechnęła się.

Był piątek, dlatego dyskoteka pękała w szwach. Na szczęście udało nam się znaleźć stolik, przy którym usiadłyśmy. Nagle zauważyłam, że patrzy na mnie jakiś mężczyzna. Stał koło baru i wyraźnie spoglądał w moją stronę.
– Karola – szepnęłam – jakiś facet się na mnie gapi. Tylko się nie odwracaj.
Nieznajomy chyba zauważył nasze poruszenie, bo na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
– Jak wygląda? – zapytała Karolina. – Przystojny chociaż?
Nie musiałam jej odpowiadać, bo nieznajomy podszedł do nas.
– Czy mogę się do was przysiąść? – spytał. – Mam na imię Marek.
Gdy mu się przyjrzałam, odniosłam wrażenie, ze gdzieś już go widziałam.
– Gosia – przedstawiłam się. – Czy my przypadkiem już się gdzieś nie spotkaliśmy się?
– Może w snach – zażartował Marek, a ja się mocno zarumieniłam.
Nie muszę dodawać, że mężczyzna bardzo przypadł mi do gustu. Był naprawdę przystojny. Miał czarną, bujną czuprynę i lśniące, brązowe oczy. Zwracał na siebie uwagę innych kobiet.
– Czy można prosić cię do tańca, Gosiu? – zapytał, gdy zagrali jakiś nastrojowy utwór.
Zgodziłam się od razu. Serce biło mi tak mocno. "Nigdy nie tańczyłam z kimś tak cudownym" – pomyślałam.
– Skąd jesteś? – zapytałam. – Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam.
– Przyjechałem z kumplami na parę dni... odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku – odpowiedział – ale chyba zostanę dłużej, bo nie spodziewałem się, że spotkam tu taką fajną dziewczynę.

Resztę wieczoru spędziłam w towarzystwie mojego nowego znajomego. Karolina szybko zrozumiała, że Marek zawrócił mi w głowie i dyskretnie zostawiła nas samych. Wiedziałam, że mogę na nią liczyć w takich sytuacjach. A my tańczyliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się niemal do zamknięcia dyskoteki. Tak świetnie się bawiłam, że zupełnie straciłam poczucie czasu.
– Ojej... to już tak późno! – powiedziałam, spojrzawszy na zegarek – musze już iść.
– Zaczekaj, odprowadzę się – Marek zachował się jak dżentelmen. – Myślałaś, że puszczę cię samą po nocy?
W szatni podał mi kurtkę i wyszliśmy. Marek podał mi ramię.
– Naprawdę nie musisz mnie odprowadzać – powiedziałam. – Mam bardzo blisko do domu. Mieszkam tu od urodzenia, wszystkich znam, na pewno nic mi się nie stanie.
– Nie ma mowy. Zresztą... chcę pobyć z tobą jeszcze chwilę.
– W takim razie chodźmy – oznajmiłam, a w głębi serca strasznie się ucieszyłam, z tego co usłyszałam.
Gdy byliśmy pod moim domem, poprosił mnie o numer telefonu.
– I tak nie zadzwonisz – żartowałam.
– Założysz się? – powiedział i pocałował mnie prosto w usta.

Napisać? Podziękować? Bez sensu. Pewnie już o mnie zapomniał...
Następnego dnia obudziłam się trochę zdenerwowana. "To było jak sen – pomyślałam – on nigdy nie zadzwoni". Jednak w tym momencie zadzwonił telefon, który odebrała moja mama.
– Gosia, telefon do ciebie – usłyszałam jej wołanie. Serce mi biło jak szalone, ale w słuchawce usłyszałam głos Andrzeja. Nie umiałam ukryć rozczarowania. Szybko skończyłam rozmowę i wsunęłam się pod kołdrę.
"On nie zadzwoni, to niemożliwe, żeby taki chłopak zainteresował się kimś takim jak ja" – myślałam ze smutkiem – "Powinnam się cieszyć, że udało mi się coś takiego przeżyć. Przynajmniej mam, co wspominać".
O tym, jak bardzo się myliłam przekonałam się jeszcze tego dnia. Po południu do naszych drzwi zawitał posłaniec z ogromnym bukietem czerwonych róż. To były najpiękniejsze kwiaty, jakie kiedykolwiek widziałam. Do nich dołączony był bilecik z zaproszeniem na kolację dzisiaj wieczorem. Podpisane Marek.

Wybraliśmy się do najlepszej restauracji w naszym mieście. Zawsze ciekawiło mnie jak tam jest, ale wiedziałam, że nie jest to lokal na moją kieszeń...
"Marzenia się jednak spełniają" – pomyślałam, przekraczając próg tego nastrojowego miejsca.
– Zarezerwowałem dla nas stolik – powiedział Marek, wskazując mi przytulne miejsce przy oknie.
– Jesteś niesamowity – powiedziałam, próbując ukryć zakłopotanie.
– Nie... to ty jesteś niezwykła – odpowiedział i pocałował mnie w rękę.
Zamówiliśmy najlepsze dania, polecane przez szefa kuchni. Popijaliśmy wino, a na końcu zamówiliśmy deser.
– Gosiu – zaczął i przysunął swoją dłoń do mojej – nie wiem, czy ktoś już ci to mówił, ale jesteś piękna.
– Nie wiem, czy tobie ktoś mówił, ale jesteś przystojny – odparłam przewrotnie, bo wino dodało mi śmiałości.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Następne dni mijały bardzo szybko. Czułam, że jestem zakochana po uszy. Już snułam romantyczne plany na przyszłość i wściekałam się na Andrzeja, gdy próbował sprowadzić mnie na ziemię.
– Daj spokój, zazdrosny jesteś, czy co? – prychałam, gdy Andrzej tłumaczył mi, że powinnam być ostrożniejsza.
– To też, ale ważniejsze jest co innego. Gośka, oprzytomnij, on coś kombinuje – Andrzej patrzył na mnie z wyraźną troską w oczach. – Uważaj na niego – dodał – możesz mi wierzyć lub nie, ale dałbym sobie rękę uciąć, że gdzieś go już widziałem.
– Przykro mi to mówić, ale wydaje mi się, że nie możemy się już przyjaźnić – tym razem naprawdę byłam wściekła! – Masz obsesję na moim punkcie. Jesteś chory z zazdrości, że taki świetny facet może być ze mną! Wiesz, że nigdy mu nie dorównasz – krzyczałam – Daj mi wreszcie święty spokój!
Ku mojemu zdziwieniu Andrzej rzeczywiście dał mi spokój. Wówczas było to dla mnie wielką ulgą, ponieważ żyłam miłością do Marka. Pokazałam mu całe nasze miasto, oprowadzałam po najpiękniejszych zakątkach. Rzecz jasna, nie mogłam nie pokazać mu swojej pracy. Często wpadał do mnie w ciągu dnia i nawet mi pomagał w różnych sprawach. Mój szef nie był z tego zadowolony.
– Nie chcę, żeby po sklepie kręciły się jakieś postronne osoby. I to w czasie, kiedy przychodzą tu klienci – mówił. – Wiem, że to twój chłopak, ale on tu przesiaduje niemal cały czas!
– Rozumiem szefie, ale on mi pomaga – broniłam się.
– Nie jego zatrudniłem, tylko ciebie Małgosiu, dlatego proszę, żeby to się już nie powtórzyło, dobrze? Chcę, żebyś została moją zastępczynią, dlatego teraz cały czas cię obserwuję. To dla mnie dosyć trudna decyzja, bo na ten sklep pracowali jeszcze moi dziadkowie. Postaraj się, bo to dla ciebie duża szansa.
Uznałam, że pan Leon ma rację i jeszcze tego samego dnia poprosiłam Marka, żeby nie przychodził do mnie do sklepu. Marek nie krył niezadowolenia:
– Jak on cię traktuję! Nie ma do ciebie za grosz zaufania? – oburzał się.
– Nie o to chodzi. Ja tam po prostu pracuję. Nie mam czasu na pogawędki – próbowałam łagodzić.
– Tak, a ja umieram z tęsknoty przez tyle godzin – odparł ponuro.
– Wiem, że to trudne, ja też tęsknię kochanie – mówiłam.
– Nic nie rozumiesz! Ja muszę tam z tobą być...

Mój ukochany zareagował bardzo gwałtownie. Wcale mnie to nie zastanowiło!
Zalała mnie fala wzruszenia. O takiej miłości marzyłam przecież przez całe życie. Czułam się rozdarta. Z jednej strony chciałam być fair w stosunku do mojego szefa, z drugiej strony był Marek... W końcu jednak wpadłam na pomysł. Poprosiłam szefa, żeby pozwalał Markowi przychodzić do mnie jakiś czas przed zamknięciem sklepu, kiedy nie ma wielu klientów. Pan Leon się zgodził, a Marek był wniebowzięty.
Wieczorne chwile z ukochanym były bardzo przyjemne. Nawet nie czułam, że byłam w pracy. W czasie, gdy podliczałam kasę, Marek sprzątał, opuszczał rolety przeciwwłamaniowe, ustawiał towar na półkach.
– Mam nadzieję, że za bardzo cię nie rozpieszczam – śmiał się.
Włączałam alarm i zamykałam sklep, a potem szliśmy zazwyczaj na spacer albo na dyskotekę.
Pewnego dnia było jednak inaczej. Marek stwierdził, że źle się czuję i musi iść do domu, chociaż wcale nie wyglądał na chorego.
"Po co kłamie?" – myślałam – "Przecież nie stałoby się nic złego, gdybyśmy jeden wieczór spędzili osobno". Nic jednak nie powiedziałam.
– Do jutra – powiedziałam, gdy odprowadził mnie do domu.
Rano jak zwykle poszłam do pracy. Już z daleka zauważyłam, że drzwi do wejścia są otwarte. W środku aż mi się gorąco zrobiło na ten widok. Sklep został zdewastowany i okradziony.
W kasie nie zostało nic. Zniknęły dokumenty, rachunki i co najgorsze – towar i to ten najcenniejszy – biżuteria, srebrne naczynia, bursztyny. Zniknęło dosłownie wszystko, co miało jakąś wartość. Byłam w szoku. Usiadłam przed wejściem i zaczęłam płakać. Wiedziałam, kto to mógł to zrobić. Tylko jedna osoba oprócz mnie i szefa wiedziała jak wyłączyć alarm. Marek.
– Boże, to niemożliwe! – krzyczałam przez łzy – przecież on mnie kocha!
Nagle ktoś podbiegł i mnie objął.
– Marek? – chlipnęłam przez łzy.
– To tylko ja. Spokojnie, jestem przy tobie – powiedział Andrzej.
– Ale ja... Jaka byłam naiwna... To moja wina! – chlipałam.
– Nawet nie waż się tak myśleć, Gośka! Ten drań musiał cię obserwować już od dłuższego czasu. Pewnie kręcił się w pobliżu sklepu, stąd go skojarzyłem – pocieszał mnie Andrzej. – To nie twoja wina! Słyszysz!?

Drogo zapłaciłam za swoje zauroczenie, ale wreszcie doceniłam też Andrzeja.
Słyszałam, ale wiedziałam, że nikt w to nie uwierzy. Szef miał łzy w oczach, kiedy przyjechał na miejsce. Nawet nie chciał ze mną rozmawiać. Zostałam zwolniona. Po Marku zaginął słuch. Widocznie jeszcze tej nocy musiał wyjechać z miasta.
Bardzo to przeżyłam. Czułam się oszukana i wykorzystana. Nie mogłam przez wiele tygodni dojść do równowagi. Jednak moje załamanie trwałoby o wiele dłużej, gdyby nie Andrzej. Jak zwykle mnie pocieszał i był przy mnie w najtrudniejszych chwilach. Ale tym razem było inaczej. Zrozumiałam, że Andrzej jest kimś naprawdę ważnym i wyjątkowym w moim życiu. Zastanawiałam się, jak mogłam nie zauważyć tego przedtem. I tak mi było przykro, że wcześniej traktowałam go z taką wyższością i lekceważeniem.
– Andrzej – powiedziałam pewnego wieczoru – cieszę się, że jesteś tutaj. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła...
– Na pewno jakieś głupstwo – uśmiechnął się i wziął mnie za rękę.

Małgorzata S., 28 lat, ekspedientka

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/09.03.2010 23:03
jasne... i zyli dlugo i szczesliwie hehe