zachód słońca

Mam nadzieję, że będzie wydzwaniał...

W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że ten urlop będzie tak fantastyczny, zwłaszcza dla mnie...
/ 10.09.2008 14:11
zachód słońca
O matko! – Madzia złapała mnie za rękę.
Przez chwilę miałam wrażenie, jakby moje stopy straciły kontakt z podłogą kabiny. Nastąpił jeszcze jeden wstrząs i samolot znów zaczął lecieć równo.
– Spadamy? – dramatycznym szeptem zapytała Madzia.
Od razu zjawił się przy nas steward.
– To nic takiego – uśmiechnął się. – To normalne.
– Przejechaliśmy coś? – moja przyjaciółka najwyraźniej już się odprężyła i zaczynała flirtować. W końcu nachylał się nad nią przystojny mężczyzna.
– Nie sądzę – steward też zaczynał się bawić. – To dziura w powietrzu.
– Dziuuura? – powiedziała Madzia tonem małej dziewczynki i otworzyła szeroko oczy. – Przecież powietrze to jedna wielka dziura... – ten sposób podrywania, "na idiotkę" jak mówiła, uważała za najbardziej skuteczny.
– To prawda – uśmiech mężczyzny wskazywał, że i on zaczyna się bawić – jedna wielka dziura. Ale niektóre miejsca są jakby bardziej dziurawe.
Moja przyjaciółka zaczęła chichotać.
– Panie lecą pierwszy raz?
– Mhm... – Madzia nadal była małą dziewczynką – ale mamy nadzieję, że nie ostatni. Wie pan, mama bardzo by się martwiła.
– Myślę, że nie będzie miała okazji – steward uśmiechnął się jeszcze promienniej. – Przepraszam, obowiązki wzywają.

Leciałyśmy do Francji. Nawet teraz, na pół godziny przed lądowaniem w Nicei, nie mogłam w to uwierzyć. I Madzia, i ja zarabiałyśmy sporo poniżej średniej krajowej, więc gdyby nie ta okazja, raczej nieprędko udałoby nam się wybrać na Lazurowe Wybrzeże. Jeden z byłych chłopaków Madzi pracował w biurze podróży. Jakiś klient zrezygnował z wykupionej wycieczki na dwa tygodnie przed terminem. Dzięki temu mogłyśmy mieć te dwa miejsca za połowę ceny! Druga połowa kwietnia to nie jest sezon urlopowy – kadrowa u mnie i szef Madzi chyba nawet byli zadowoleni, że chcemy wolne właśnie teraz. Dwa dni na decyzję, trzy dni na znalezienie kostiumów kąpielowych, kilka wizyt w solarium – i leciałyśmy!
– Nie mogę uwierzyć – entuzjazmowała się Magda. – Za godzinę możemy leżeć na plaży! Tam podobno już jest gorąco!
– Chyba jednak najpierw pojedziemy do hotelu ze wszystkimi? – bałam się, że moja postrzelona przyjaciółka uprze się, żebyśmy ciągnęły walizki nad morze.
– Ładnie się do ciebie uśmiechał... – Madzia, na szczęście, porzuciła temat plaży.
– Do mnie? – zdziwiłam się. – Mnie się wydawało, że cały czas patrzył na ciebie.
– No, tak – zniżyła głos – fantastyczny ten jego zezik. Strasznie seksowny.

Madzia taka była. Wystarczyło, żeby jakiś facet się do niej uśmiechnął, a już zastanawiała się, czy uda się go poderwać. Zresztą na tych, którzy się nie uśmiechali, tym bardziej miała ochotę wypróbowywać swoje sztuczki. Mówiła często:
– Wiesz, sekretarka kierownika hurtowni materiałów budowlanych to nie jest jakieś strasznie rozrywkowe zajęcie. Trzeba coś robić przed trzydziestką.
Księgowa w Urzędzie Miasta to chyba też niezbyt pasjonująca praca. Mnie jednak nie bawiło podrywanie. Nie interesował mnie mężczyzna na kilka miesięcy. Według mnie to są poważne sprawy.
– Jeszcze nie zaczęłaś żyć, a już chcesz się starzeć? – dogryzała mi Madzia.
Ona raczej nie planowała w najbliższym czasie zakładać rodziny, a ja o tym marzyłam. Różniłyśmy się zdecydowanie, ale może dlatego się zaprzyjaźniłyśmy?
– Tak, to prawda, samolot ląduje prawie w morzu – rezydent biura podróży nie miał zeza, więc wyraźnie było widać, że taksuje wzrokiem Madzię, nie mnie. I chyba obie byłyśmy z tego zadowolone. – Tylko że przez teren lotniska do brzegu nie dojdziecie. Wszystko ogrodzone. A naokoło, nawet bez tych... hm... walizeczek, będziecie szły trzy godziny. W jedną stronę.
– To który autobus właściwie jest nasz? – obrażonym głosem spytała jakaś starsza kobieta.
Rezydent przestał się wreszcie uśmiechać do Madzi i zajął się grupą. Ruszyliśmy do wyjścia z terminalu.
– Ale przystojniak, nie? – szepnęła do mnie Madzia.

Nie podzielałam entuzjazmu mojej przyjaciółki, ale byłam wdzięczna temu rozpieszczonemu powodzeniem u kobiet mężczyźnie, że Madzia przestała mówić o natychmiastowej wyprawie nad morze.
– Palmy! Zobacz, palmy! – Madzia cieszyła się jak małe dziecko. Rzeczywiście – palmy, przelewające się przez ogrodzenia kaskady żółtych kwiatów, donice wypełnione układankami z bratków i cyklamenów – wszystko to mogłyśmy starannie studiować, gdy nasz autobus wlókł się zapchaną samochodami aleją.
– Godzina lotu, trzy godziny dojazdu!
– Mogliby pisać o tym w folderze! – para siedząca za nami była wyraźnie zdegustowana.
Hotel, w połowie drogi między Niceą a Cannes, najlepsze lata miał już chyba za sobą, ale nasz pokój był duży i czysty. Dwie godziny jazdy do Warszawy, godzina na lotnisku, półtorej w samolocie, co najmniej dwie na dojazd do hotelu – czułam się jak po całym dniu pracy. Madzia brała prysznic, z mojego łóżka widać było morze i bezchmurne niebo. "Może pan spojrzeć narzeczonej prosto w oczy – powiedział ksiądz. Mój ukochany uśmiechnął się, nie mogłam jednak zrozumieć, na co patrzy. Pierwsze dźwięki organów nadpłynęły jak potężna fala, uderzyły we mnie, uniosły... Zaczęłam wymachiwać rękami, odpływałam, mój narzeczony oddalał się, zaczynałam tonąć... Ktoś złapał mnie za rękę."
– Łucja... Łucja... Co ty wyprawiasz? Obudź się!
– Uratowałaś mi życie – wymamrotałam nieprzytomnie. – Właśnie się topiłam.

Następnego dnia z samego rana byłyśmy wreszcie na plaży. Zaskoczyło nas, że zaczyna się zaraz za promenadą, której nazwy żadna z nas nie umiała wymówić – ulica, chodnik, kilka schodków w dół i już. Zdziwiło mnie też, że nie było w ogóle piasku – pod stopami chrzęściły nieduże, szarawe, takie trochę gołębie, obłe kamyki. Nie szło się po nich najwygodniej, ale widocznie znakomicie biegało, bo Madzia rzuciła torbę z ręcznikiem i popędziła do wody. Wpadła do morza bez chwili zastanowienia i narobiła zamieszania jak stado przestraszonych fok. Zaraziła mnie tą radością albo to ciepła, jakby bardziej gęsta niż u nas woda, wprawiła mnie w euforię. Skakałyśmy przez fale i chlapałyśmy się jak małe dziewczynki.
– Artur mówił – rezydent naszego biura podróży miał na imię Artur – że tak naprawdę to jest najlepszy czas na przyjazd tutaj. Latem bywa tu tłok jak w supermarkecie przed świętami. Poza tym – Madzia podała mi tubkę z ochronną emulsją i nadstawiła plecy – jest tak gorąco, że trzeba ciągle siedzieć w wodzie...
– No, tobie by to nie przeszkadzało – roześmiałam się, bo moja przyjaciółka umiała i lubiła pływać.
– Ale cała woda jest zatruta.
– Zatruta? No, co ty... – popatrzyłam podejrzliwie na przepiękne, zielone morze rozlewające się leniwymi falami po kamienistym brzegu.
– Skażona czy coś... Od tych wszystkich blokerów – potrząsnęła pomarańczowym opakowaniem. – Wszyscy się smarują, potem włażą do wody. Latem w ogóle nie ma wiatru, morze się nie rusza i robi się jakaś emulsja czy coś tam. I jakieś świństwa się mnożą.
– Jak na przedstawiciela biura podróży, to ten Artur jest dość szczery – mruknęłam.
– No, wiesz – wydawało mi się, że Madzia się czerwieni – zależy z kim.
Kiedy ona zdążyła z nim właściwie porozmawiać – pomyślałam. Tak dobrze było mi się wygrzewać na słońcu, nie słyszeć żadnych głosów z biura obok siebie, nie wklepywać cyferek w komputer, że nie chciałam tracić czasu na myślenie, nawet o zatrutej wodzie.

Biuro podróży miało chyba dobrą znajomość swoich klientów, bo pozostawiło pierwsze trzy dni całkowicie do naszej dyspozycji. Dla mnie i Madzi to była przede wszystkim plaża. I morze. Skoro nie musiałyśmy wychodzić do miasta po zakupy, skoro z hotelu na plażę było wszystkiego ze trzysta metrów, chwilowo nasza znajomość Lazurowego Wybrzeża ograniczała się do tego kawałka plaży, na którym zwykle się wylegiwałyśmy. Przynajmniej dla mnie, bo Madzia wieczorami znikała, jak podejrzewałam, na spotkania z rezydentem. Ja byłam szczęśliwa, że nie muszę się zastanawiać, jaka nowa afera urodzi się następnego dnia w biurze i czy szefowa będzie w dobrym humorze. Poza tym miałam wreszcie czas na lekturę. Więc czytałam, zasypiałam wcześnie, późno wstawałam i wylegiwałam się na słońcu cały dzień. Minęło kilka dni i, owszem, poczułam, że chciałabym jeszcze zobaczyć to i owo na francuskiej Rivierze. Na szczęście w planach było kilka wycieczek.
Była środa albo czwartek, albo wszystko jedno jaki dzień. Po śniadaniu przyjechał po naszą grupę autokar i pojechaliśmy do Cannes. Zapamiętałam stamtąd tylko okropny betonowy klocek zasłaniający morze – Pałac Filmowy, ten od festiwali.
Następnym etapem wycieczki było muzeum Picassa w Antibes stojące na wysokiej skarpie.
– To niesprawiedliwe – Madzia wdrapywała się na chroniący przed upadkiem ze skały murek – w Polsce też powinno być Morze Śródziemne.
Stanęła twarzą do wody i słońca, rozłożyła szeroko ręce, a mnie zaczęło się robić słabo...
– Uwielbiam ten wiatr! – krzyknęła.
– Zejdź, Madziu, zejdź – poprosiłam cicho.
Zaczęło mi się kręcić w głowie. Ktoś zawołał nas od strony wejścia, Madzia zeskoczyła i podbiegłyśmy do wycieczki.
Zwiedzanie muzeów w grupie zawsze mnie męczyło. Przewodnik wymieniał daty, kiedy Picasso mieszkał w tym miejscu, tytuły prac, które tu stworzył. Gadał, gadał, gadał. W końcu zostałam trochę dłużej w sali rysunków – jego głos wraz z całą naszą wycieczką zaczął się oddalać.

Przyglądałam się tym dziwnym rysunkom, których tematem były w większości kobiety. Nagie, zdeformowane, same albo w sytuacjach intymnych... Niekiedy towarzyszący im mężczyzna miał zamiast głowy łeb byka. Podobała mi się swoboda linii, jaką malarz obrysowywał ciała kobiet, choć onieśmielała mnie nieco ich, chyba nadmierna, hm... anatomiczność.
– Zastanawiałem się zawsze, czy kobietom podoba się sposób, w jaki są przez niego pokazywane? – usłyszałam męski głos za sobą.
Pomyślałam, że jakieś niedobitki naszej grupy dotarły do tej sali i powinnam się przesunąć, żeby nie zasłaniać obrazu. Odruchowo spojrzałam za siebie i zobaczyłam stojącego o kilka kroków ode mnie mężczyznę z najbardziej niebieskimi oczami, jakie w życiu widziałam. Był sam i uśmiechał się do mnie.
– Pan pytał mnie?
– One – wskazał ręką rysunki na ścianach – mi nie odpowiedzą. – Zresztą – znów się uśmiechnął, jakoś tak ciepło – miały czas się ze sobą oswoić.
– A może – odwróciłam się znów do rysunków – to ci dziwni mężczyźni – dotknęłam przez szybę głowy byka – tak na nie wpływają?
Mężczyzna za moimi plecami roześmiał się głośno i serdecznie.
– Wie pani, zajmuję się trochę sztuką, ale takiej interpretacji jeszcze nie słyszałem.

Paweł nie był z naszej wycieczki. Był we Francji służbowo – w Polsce pracował w muzeum sztuki i przyjechał ustalać szczegóły jakiejś wystawy. Przeszliśmy razem kilka sal i tym razem zwiedzanie z przewodnikiem nie wydawało mi się nudne. Przerwała nam Madzia, którą wysłano, aby mnie odszukała.
– Wszyscy na ciebie czekają! – krzyknęła, kiedy wpadłyśmy na siebie w jakimś przejściu. Zorientowała się, że przerwała w pół słowa Pawłowi, który opisywał wzory na talerzach w gablotce. – No i poczekają dalej – dokończyła ciszej, puściła do mnie oko, obróciła się na pięcie i wybiegła.
Pochyliłam się niżej nad podświetlonym talerzem, bo czułam, jak zaczynają mnie piec policzki.
– Chyba musi pani już iść...
– Tak – potwierdziłam i sama się zdziwiłam, jak niechętnie to mówię – musimy wracać do hotelu.
Paweł na szczęście zapytał do jakiego. Okazało się, że mieszka obok. Umówiliśmy się na wieczór na dokończenie rozmowy o Picassie.
Reszta urlopu minęła błyskawicznie. Na plaży byłam jeszcze tylko raz – nocą. Paweł powiedział, że jest pełnia i morze będzie wyglądać niesamowicie. Miał rację. Pierwszy raz w życiu pływałam nocą. Powietrze było chłodne, ale woda cieplejsza niż w Bałtyku latem. W świetle księżyca fale połyskiwały ciemną zielenią. Miałam wrażenie, że woda podtrzymuje mnie, jakbym leżała na materacu. To chyba przez większe zasolenie morza...
– Szampan też mógł pomóc – śmiał się Paweł, kiedy mu opowiedziałam o swoich odczuciach.
Rzeczywiście, piliśmy szampana i patrzyliśmy na migoczącą, rozjarzoną od światła księżyca wodę.
Prawdę powiedziawszy, nie wykorzystałam wszystkich atrakcji, które miało dla nas nasze biuro podróży. Nie było mi szkoda, że nie jeżdżę z nimi. Nie przeszkadzały mi również znaczące spojrzenia Madzi. Zresztą, nie miałyśmy zbyt dużo czasu dla siebie. W ogóle czasu było stanowczo za mało – nagle okazało się, że urlop dobiega końca.

Na lotnisku było tłoczno i głośno. Stałyśmy w długiej kolejce do odprawy. Przed chwilą Artur, rezydent naszego biura podróży oficjalnie pożegnał się z naszą grupą. Śpieszył się – za chwilę lądował samolot z Warszawy, a w nim jego następni podopieczni. Z miejsca, gdzie stałyśmy, widać było część budynku wydzieloną dla przylatujących. Otworzyły się drzwi, "nowi" zaczęli się gromadzić wokół rezydenta. Nieco z boku stanęła atrakcyjna dziewczyna. Nawet stąd było widać, jak nad głowami innych Artur co chwila patrzy w jej stronę. W końcu podszedł do niej i, zaniedbując innych, rozpoczął rozmowę. Spojrzałam na Madzię.
– No co? – wzruszyła ramionami – Przynajmniej nie będzie wydzwaniał.
Pomyślałam o moim numerze telefonu, który wczoraj wpisałam do notesu pewnego pracownika muzeum. Mam nadzieję, że on będzie wydzwaniał.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!