dziewczyna, studentka, miss, wieś, pole, agroturystyka

Na wieś... dla ciebie wszystko!

Przerażała mnie wiejska cisza i praca w gospodarstwie. Na pewno nie tak wyobrażałam sobie swoje życie.
/ 30.01.2009 12:10
dziewczyna, studentka, miss, wieś, pole, agroturystyka
Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy, byłam przerażona. Dzwoniąc do domu, płakałam do słuchawki jak małe dziecko wysłane na kolonie, dla którego miesiąc rozstania z rodzicami to przerażająca wieczność.
Ja – przyzwyczajona do codziennego makijażu, ze starannie wykonanym manikiurem – miałam odbyć praktykę w gospodarstwie agroturystycznym. Już pierwszego dnia po przyjeździe wpadłam w popłoch, tak wielka panowała tutaj cisza. Stanęłam na pozornie wymarłym podwórku, nie wiedząc, że wszędzie trwa wytężona praca – gospodyni w kuchni, gospodarz przy sianie, jeden syn w garażu, a drugi przy kładzeniu glazury w nowym domu, do którego wkrótce mieli zawitać goście.
Miałam tu odbyć praktyki studenckie, na które skierowano mnie po drugim roku studiów na wydziale turystyki i zarządzania. Nie tak wyobrażałam sobie mój przyszły zawód. Oczyma wyobraźni widziałam siebie raczej jako właścicielkę pięknego, luksusowego pensjonatu, a nie jako dziewkę od obornika! Tymczasem teraz taki czekał mnie los.

Gospodyni, nieustannie uśmiechnięta i przyjazna wszystkim, była równocześnie surowym nauczycielem. Chodziłam z kubłem pomyj do świń i pieliłam grządki z kapustą tymi moimi "manikiurami". A potem jeszcze zmywałam tłuste gary po obiedzie dla wczasowiczów. Zajęta sobą nie przyglądałam się zbytnio gospodarzom i ich życiu. Nie uszło jednak mojej uwadze, że ich starszy syn jest postawny i urodziwy. Określiłam go jako typ "pszenno-buraczany". Z kimś takim nigdy bym się nie zadawała. Tym bardziej, że był mrukliwy i patrzył tak jakoś spode łba.
W końcu okazało się, że te praktyki nie są aż tak bardzo nieprzyjemne, a że okolica przepiękna, po miesiącu z żalem opuszczałam to miejsce, serdecznie żegnana przez gospodarzy. Gdy wróciłam do miasta, o dziwo, zaczęłam tęsknić. Raz czy drugi przyśnił mi się ten mrukliwy syn gospodarzy, a chłopak, z którym chodziłam od roku, wydał mi się naraz tak niemęski i dziecinny, że się z nim rozstałam. Tamten jest w jego wieku, ale jest już mężczyzną, a nie chłopcem – myślałam.

Często łapałam się na tym, że porównuję swoje życie do życia tamtej rodziny. Najbardziej podobało mi się to, że w tym poważnym przedsiębiorstwie, jakim jest to duże gospodarstwo, każdy ma swoje miejsce, zgodne z upodobaniami. Gospodyni zajmuje się żywieniem wszystkiego dokoła: rodziny, gości i zwierząt. Gospodarz wykonuje prace budowlane. Starszy syn Jarek naprawia maszyny, a młodszy Kazek zajmuje się bydłem. Stąd ta pozorna cisza, bo każdy ma swoją robotę. A potem siadają razem do stołu, aby wspólnie zjeść posiłek i porozmawiać. Pozazdrościłam im takiego życia. Bo ja pochodzę ze skłóconej rodziny. Ojciec z matką wiecznie drą koty albo ich nie ma w domu. I żadne z nich tak naprawdę nie interesuje się moją osobą.

Gdy zbliżało się Boże Narodzenie, zadzwoniłam do swoich gospodarzy, aby złożyć im życzenia. Gospodyni ucieszyła się bardzo, mile zaskoczona pamięcią i zaprosiła mnie na przyszłe wakacje. Wtedy jeszcze nie wyobrażałam sobie, że mogłabym znów trafić w ten wiejski kierat. Ale gdy zaczął się zbliżać termin kolejnych obowiązkowych praktyk, spytałam profesora, czy mogę pojechać w to samo miejsce. Zdziwił się, ja także, bo do wyboru miałam pracę w luksusowym hotelu uzdrowiskowym.
– Co ja zrobiłam najlepszego? – pomyślałam, gdy znów stanęłam na znanym mi dobrze podwórku.

Znów uderzyła mnie cisza, choć teraz już wiedziałam, że robota wrze.
W hotelu miałabym pracę łatwiejszą i czystszą, a ja – na własną prośbę – jestem w tym świecie pełnym znoju i obowiązków od świtu do nocy.
Nie miałam już makijażu ani manikiuru, ale miałam tę miastową niechęć do ciężkiej fizycznej pracy. Pokonałam ją jednak szybko. I otrzymałam za to nagrodę – przyjaźń tego przystojnego, starszego syna gospodarzy, Jarka. Doszło nawet do tego, że zaczęliśmy chodzić sami, tylko we dwoje, nad jezioro. Tam siadaliśmy na pomoście, żeby porozmawiać lub częściej pomilczeć. Bo tematów było mało. Ja trochę opowiadałam o swoim życiu w mieście, ale potem... o czym było gadać – o kompoście, kombajnie czy rentach strukturalnych?

Uświadomiłam sobie wówczas, jak z różnych jesteśmy światów. I było mi smutno. Ale jeszcze smutniej mi się zrobiło, gdy nadszedł koniec praktyk.
– To zostań, dziecko, jeszcze – zaproponowała gospodyni, gdy zwierzyłam jej się, że nie chce mi się wyjeżdżać. – Łóżko masz, jedzenie też się znajdzie, a w sierpniu rąk do pracy nigdy dość, bo to i żniwa, a i gości zwykle więcej.
Z gospodynią lubiłyśmy się już wówczas serdecznie.
Co ja mam do roboty w mieście? – pomyślałam. Moja mama zdziwiła się bardzo, gdy zakomunikowałam jej, że chcę zostać, ale nie miała nic przeciwko temu.
Nie wiem, kiedy na dobre dokonała się we mnie ta zmiana, ale polubiłam ciężką pracę. Tak dalece, że sama jej szukałam. A potem wieczorem siadałam za gospodarskim stołem razem z całą rodziną i czułam się fantastycznie. A jeszcze później lubiłam wieczorami wyciągać Jarka nad jezioro i tam z nim trochę pomilczeć.

Z końcem sierpnia wyjechałam. I od razu zaczęłam bardzo tęsknić. Choć nie chciałam się do tego przyznać, byłam w Jarku zakochana. W chłopskim synu!
Jak się ucieszyłam, kiedy zadzwonił.
– Jutro przyjeżdżam – oznajmił. – Może byśmy się zobaczyli?
Przystałam na to z radością, a potem, gdy wysiadł na dworcu, zawstydził mnie jego widok. Jakiś taki niezgrabny garnitur i duże dłonie wystające z rękawów. Znów wydał mi się "pszenno-buraczany". Gdy jednak wieczorem mnie żegnał i mocno objął, poczułam falę gorąca i długo nie mogłam pozbyć się jakiegoś wielkiego wzruszenia.
Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.

Później pojechałam na wykopki, zachęcona przez Jarka i jego matkę. I wtedy nie rozstawaliśmy się już ze sobą, a jego rodzice patrzyli na to z sympatią. A ja byłam jakaś taka wyciszona i spokojna.
– Ja przecież nie mogę miejskiej dziewczynie proponować takiego trudnego wiejskiego życia – wyznał któregoś dnia, gdy leżeliśmy obok siebie na pomoście.
– A może spróbuj – zachęciłam.
Znów tylko mocno mnie przytulił.
Musiałam jeszcze wrócić do miasta, aby skończyć trzeci rok nauki i obronić licencjat. Spostrzegłam, że całą zdobywaną na studiach wiedzę odnoszę już teraz stale do gospodarstwa mego narzeczonego. A i pracę końcową w całości poświęciłam możliwościom modernizacji takiego gospodarstwa agroturystycznego jak to "moje". Jarek przeczytał ją uważnie. I było o czym rozmawiać. Teraz, gdy milczeliśmy, to tylko dlatego, że tak chcieliśmy, a nie dlatego, że brakowało nam tematów.

W tym czasie trwały już przygotowania do ślubu. Moi rodzice, choć zdziwieni moją decyzją, zaakceptowali mój wybór. A rodzice Jarka nie kryli zadowolenia z takiego obrotu sprawy.
– To ci dopiero praktykantka – śmiała się moja przyszła teściowa – praktykowała, praktykowała, a teraz przyszedł czas na egzamin.
Nigdy nie myślałam, że ja, dziewczyna z miasta zakocham się w chłopskim synu. I zamiast pracować w luksusowym hotelu, będę prowadzić gospodarstwo agroturystyczne.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!