Ocaleni z pożaru

Wnuczęta pani Michaliny Rejwak, dziewięcioletni Michał i pięcioletni Marcin, ocaleli dzięki temu, że nocowali u babci.
/ 16.03.2006 16:57
Ogień zabrał im rodziców i rodzeństwo. Zamienił trzypokojowe mieszkanie w przesiąknięte odorem spalenizny
pogorzelisko. – Zrobię wszystko, żeby chłopcy zapomnieli o tym koszmarze – mówi ich babcia. – Chociaż trochę się boję, że sama nie dam rady.


– Mogłam ich stracić tak jak syna, synową i pozostałe wnuki – rozpacza starsza pani. Nie ma siły płakać, bo wypłakała już wszystkie łzy. Od dnia, kiedy wybuchł pożar, leży w szpitalu. Przeżycia tamtej przerażającej nocy spowodowały, że odezwało się schorowane serce, zaczął doskwierać kręgosłup. Ma kłopoty z poruszaniem, ale stara się przynajmniej raz dziennie pójść na oddział dziecięcy, odwiedzić chłopców. – Boję się naszego powrotu do domu – mówi. – Wszystko będzie nam przypominało to, co się zdarzyło.

Tak strasznie krzyczeli...
Dom pani Michaliny i jej syna, Zbyszka, stoi na przedmieściu. Nałęczowa. Są w nim dwa mieszkania przedzielone cienką ścianką i zabitymi sklejką drzwiami. Właśnie zza tych drzwi babcia słyszała krzyki i płacz najbliższych, w te drzwi waliła, próbując je otworzyć. – Nie dałam rady, nie miałam tyle sił... – mówi.
Pożar wybuchł w nocy, kiedy wszyscy spali. Starszą panią obudził krzyk. – Poczułam dym, rzuciłam się do drzwi, ale były zamknięte od wewnątrz. Słyszałam, jak strasznie płakali...
Sześcioletni Maciuś i pięcioletnia niepełnosprawna Kamilka byli z rodzicami w płonącym mieszkaniu. Marcin i Michał, jak zawsze, spali u babci. Kazała im uciekać na podwórko i zaczęła wołać pomocy. Kiedy nadbiegli sąsiedzi, złapali za siekiery, zaczęli rąbać drzwi wejściowe.

– Jak ustąpiły, było widać tylko ścianę ognia – mówi Michał Błaut. Próbował reanimować Zbyszka, ale było już za późno. – Całe ręce miał poparzone – mówi. – I spaloną twarz. Kiedy przyjechało pogotowie, zabrało ocalonych do szpitala. Pani Michalina pojechała boso, w szlafroku pożyczonym od sąsiadki.
– Nie miałam głowy, żeby o tym myśleć – mówi.

Po pierwsze remont
– Z Kamilki tylko garstka popiołu została – płacze Małgorzata Jusiak, jedna z sąsiadek. Opowiada, że następnego dnia skrzyknęli się, żeby uporządkować pogorzelisko. A potem zaczęli zbierać pieniądze dla uratowanych.
Każdy dawał, ile mógł – mówi kobieta. Prowadzi do spalonego mieszkania, pokazuje czarne od ognia ściany i spaloną podłogę. – Tu musiało być jak w piekle. Nie mam pojęcia, ile trzeba będzie pracy i pieniędzy, żeby to wszystko do porządku doprowadzić, a boję się, że tego, co nazbieraliśmy, na wiele nie starczy...
Sąsiedzi martwią się stanem zdrowia pani Michaliny i losem dzieci. – Bo co z nimi będzie? – pytają. – Najlepiej, żeby zostali z babcią, ale ona ma już 73 lata i coraz mniej siły.

Poradzę sobie
– Jakoś sobie poradzę – mówi pani Michalina. – Tylko na pogrzeb nie pójdę, bo tego mogłabym już nie wytrzymać – mówi.
Do łańcuszka ludzi dobrej woli, którzy chcą pomóc osieroconej rodzinie, dołącza się coraz więcej osób. Rada Gminy zdecydowała, że chociaż rodzice nie pracowali, synowie dostaną po nich rentę. Komisja sprawdzi, czy dom nadaje się do zamieszkania. Jeśli rodzina nie będzie mogłam tam zamieszkać, miasto udostępni jej mieszkanie komunalne.
– To byli dobrzy ludzie – mówią sąsiedzi. – Ale nie mieli szczęścia, Bliźniaczka Kamilki zmarła po urodzeniu, Kamilka miała porażenie mózgowe i nie chodziła. Trzy lata temu przeżyli pierwszy pożar – zapaliła się instalacja elektryczna w ścianie. Nie mogli znaleźć pracy. Może chociaż od ich dzieci zły los się odwróci... Bez względu na to, gdzie będą mieszkać, my ich nie zostawimy.

Agata Bujnicka

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)