To miała być zabawa

To miała być zabawa

Gdyby nie przyjaciółka, nic by z tego nie wyszło.
/ 06.09.2007 13:26
To miała być zabawa
Nie wiadomo, gdzie człowiek spotka miłość swojego życia. Ja, swoją drugą połówkę znalazłam w najmniej oczekiwany sposób – przez telefon.

Słuchaj, on chce się spotkać! – wyrzuciłam z siebie opadając na krzesło. Umówiłyśmy się z Elką w naszej kafejce i trochę się spóźniłam.
– No co ty? Chyba nie zamierzasz iść? – spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – Może już czas zakończyć tę zabawę? Czytałaś chyba w gazetach, jak się może zakończyć taka randka z pięknym nieznajomym.

Cała historia zaczęła się dwa miesiące temu, dokładnie tu, w tej samej kafejce. Siedziałyśmy z Elką, grzebiąc widelczykiem w wuzetce i popijając sok pomarańczowy. Tradycyjnie narzekałyśmy na facetów, których jak w piosence Danuty Rinn "nie ma, nie ma, nie ma". Elka rozstała się właśnie z mężem, ja, choć zbliżała się trzydziestka, wciąż byłam singielką. Głośno mówiłam, że taki jest mój życiowy wybór, ale to nie była prawda. Nocami nieraz łkałam w poduszkę, tęskniąc po babsku za prawdziwą miłością.
– No bo gdzie spotkać faceta na życie? – spytała Elka. – Czasy szkolne i studenckie, kiedy była na to największa szansa, to dalekie wspomnienie, a znajomości z pracy to już nie to samo. Przecież, do diabła, nie zadzwonię do serwisu matrymonialnego! – kątem oka rzuciła spojrzenie na reklamę serwisu w gazecie, leżącej na stole.
– Ciekawe, czy tam w ogóle można spotkać jakieś prawdziwe osoby – wzięłam do ręki gazetę.
– Przekonaj się – wzruszyła ramionami, spoglądając na mnie sceptycznie.

Co mi szkodziło...
Pod podanym numerem telefonu nagrana była informacja, że mogę odsłuchać anonsów innych osób poszukujących bratniej duszy i nawiązać z nimi kontakt, albo nagrać swój własny i czekać, aż się ktoś odezwie. Wybrałyśmy wariant drugi.
– Mam na imię Ela i 28 lat. Jestem niską blondynką o kobiecych kształtach. Chciałabym znaleźć przyjaciela, a może nawet kogoś więcej. Mój numer telefonu to... – nagrałam się spoglądając na moją przyjaciółkę.
– Ty chyba oszalałaś, Kaśka! Nie mam zamiaru z nikim rozmawiać – wściekła się. – I co to znaczy: "o kobiecych kształtach..." Przynajmniej nie jestem takim wieszakiem, jak ty – prychnęła.
– Nie wygłupiaj się. To tylko dla zabawy. Na pewno i tak nikt się nie odezwie, a gdyby nawet, to ja sobie z nim trochę pogadam i po sprawie. Chyba nie myślisz, że traktuję to poważnie? – w końcu udało mi się ją udobruchać.

Telefonów było więcej niż kilka, a jeden szczególnie sympatyczny. Krzysiek miał 33 lata, pracował w firmie informatycznej (przynajmniej tak twierdził), pasjonowały go podróże. Zadzwonił, bo chciał się przekonać czy te serwisy randkowe, to nie jakaś ściema. Trochę się pośmialiśmy i ustaliliśmy, że od czasu do czasu możemy sobie przez telefon pogadać. Nie wiem, kiedy te rozmowy mnie wciągnęły. Ba, czekałam na nie i nawet sama zaczęłam dzwonić. Krzysiek wzbudził moje zaufanie, bo nawet nie napomknął o seksie, gadało się z nim, jak byśmy się znali od lat. Zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać dopiero, kiedy w pracy szefowa zrobiła mi przykrość, a ja w pierwszym odruchu zadzwoniłam do Krzyśka, a nie, jak zwykle, do Elki.
– Ale to wciąż jest, mam nadzieję, zabawa? – przyjaciółka spojrzała na mnie uważnie. – Chyba nie sądzisz, że wszystko, co on mówi to szczera prawda.
– A dlaczego nie? – zapytałam zadziornie.
– No proszę cię, moja droga. Ty sama przedstawiłaś mu się jako niska blondynka o kobiecych kształtach – odparowała.
No tak. To prawda, okłamałam go przecież. Ale nie zaprzątałam sobie tym głowy, aż do dzisiaj, do chwili, gdy poprosił o spotkanie.
– Oczywiście, że to tylko zabawa. Ale chciałabym zobaczyć, jak on wygląda – wybrnęłam jakoś z sytuacji. – I nie ja się z nim spotkam, tylko ty. On cały czas myśli, że rozmawia z tobą. Tylko jeden raz... – błagałam. – A potem zakończymy tę grę. No, zgódź się, proszę...
– Czego się nie robi dla przyjaciół – westchnęła teatralnie Elka.

Ustaliłyśmy, że umówię się z nim w naszej kafejce. Przyjdziemy obie, ale ja będę siedziała przy innym stoliku. Tak się stało. Kiedy w progu punktualnie o 16.00 pojawił się barczysty szatyn, intuicja podpowiedziała mi, że to on. Przysiadł się do stolika Elki, wręczył jej bukiecik fiołków (o Boże, kocham fiołki!) i zamówił po lampce wina i ciastka. Nie słyszałam, o czym mówili, ale widać było, że rozmowa się nie klei. Gadali może czterdzieści minut. Kiedy mnie mijał w drodze do drzwi wyjściowych uchwyciłam jego smutne spojrzenie.
I nagle poczułam się tak jakoś... opuszczona.
– No i po wszystkim. Zgodziliśmy się oboje, że rzeczywistość weryfikuje wyobrażenia, ale bardzo fajnie nam się rozmawiało przez telefon – trajkotała Elka po spotkaniu. – I że czasem jeszcze się do siebie odezwiemy. No i jak tam wrażenia. Żaden z niego Apollo, prawda?
No, prawda – nie był jakoś specjalnie przystojny, tylko dlaczego mi tak strasznie smutno...

Kolejne dni mijały bez sensu. Krzysiek przysłał jeszcze sms-a "Dziękuję ci za spotkanie, ale przede wszystkim za nasze rozmowy telefoniczne. Szkoda, że nic więcej z tego nie wyjdzie. Ale czasem tak jest. Miałem wrażenie, że w kawiarni rozmawiam z zupełnie inną osobą. Chyba zakochałem się w twoim głosie. Odezwij się czasem".
Nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca. Jak mogłam się wpędzić w taką idiotyczną sytuację. Do tego zdałam sobie sprawę, że mi zwyczajnie na nim zależy. Ale co mam mu teraz powiedzieć? "Wiesz, zabawiłam się twoim kosztem. Nie jestem Elą, tylko Kasią, nie blondynką, tylko brunetką i w ogóle..." Czy będzie w stanie uwierzyć, że wszystko inne jest prawdą? Dlaczego miałby to robić?
– No, ładna historia – tylko tyle powiedziała Elka, kiedy wreszcie zdobyłam się na szczere zwierzenia. Wcale nie miałam ochoty z nią rozmawiać, kiedy zadzwoniła następnego dnia, że koniecznie musimy się spotkać.
– W kafejce o zwykłej porze – rzuciła tylko, gdy próbowałam się wymigać.

Chcąc nie chcąc powlokłam się nazajutrz do kawiarni. Weszłam do sali, błądząc myślami zupełnie gdzie indziej, kiedy poczułam na sobie uporczywe spojrzenie. Podniosłam oczy i z wrażenia stanęłam. Obok Elki siedział... Krzysiek, w napięciu wpatrując się we mnie. Nie wiedziałam, czy mam się zapaść pod ziemię, czy jednak podejść.
W końcu podeszłam.
– Nie musisz nic mówić. Już wszystko Krzyśkowi wyjaśniłam. Że też to ja zawsze muszę zadbać o szczegóły. No, ale od czego są przyjaciele – trajkotała Ela.
Kiedy tak patrzyliśmy z Krzyśkiem na siebie w milczeniu, nieoczekiwanie przebiegła mi przez głowę myśl, że mógłby być wspaniałym ojcem dla naszych dzieci. Dziś, po paru latach od tamtych wydarzeń, mogę powiedzieć, że miałam absolutną rację.

Katarzyna J., 31 lat, urzędniczka

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/07.09.2007 14:57
bylam w podobnej sytuacji jak Ty KatarzynoTez dla zabawy przez biuro matrymonialne poznalam mezaBylismy wspanialym malzenstwemStaralismy sie o dzieci ,ale jakos nie wychodzilo.Nie wiadomo czyj to problem,ale wine wzielam na siebie ,ze ja nie moge miec . Nic nam nie brakowalo tylko dzieci .Postanowilismy adoptowac dziecko .I tak sie stalo Dostalismy dziecko juz w wieku nastolatki.ta adopcja zmienila moje zycie w koszmar .Zaczely sie zgrzyty.dziewczynka ma duzy wplyw na meza .Dajac jej dom i wszystko ,bo nie brakuje jej nic . Niszczy moje malzenstwo .Jest bardzo zaborcza i moj maz musi do niej nalezec .Wszystko robi aby mile chwile moje zepsuc i nastawic meza przeciw mnie .Co jej sie udaje wspaniale W tej chwili jestesmy na drodze do rozwoduTrudno uwierzyc ,ze tak dobre malzenstwo "dla zabawy " konczy sie tragedia ,poniewaz to jest moja osobista tragedia .Moze jak bym miala rodzenstwo bylo by mi latwiej to zniesc .