Trzeba dać szczęściu szansę

Trzeba dać szczęściu szansę

Czasem warto, nawet wbrew logice, nie stracić nadziei.
/ 19.09.2007 10:56
Trzeba dać szczęściu szansę
Wiedziałam, że nie powinnam jechać. Nie mogło tam czekać na mnie nic prócz smutku. Ale wiedziałam też, że muszę mieć pewność...

Jurata po sezonie ma wiele uroku, choć o tej porze roku mało przypomina letni kurort. Ilu ma stałych mieszkańców? Ale dla mnie to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Przynajmniej dzisiaj. Przynajmniej raz w roku, w ostatnim tygodniu września. Pociąg sapnął i zatrzymał się. Było zaskakująco ciepło. Prócz mnie nie wysiadał tu nikt.
Przed dworcem stała taksówka, kierowca spojrzał na mnie wyczekująco, ale minęłam go bez słowa. Do pensjonatu nie było daleko. Wbrew sobie rozejrzałam się, jakbym spodziewała się zobaczyć Adama. Bez sensu. Spotkaliśmy się tutaj dwa lata temu. Ja z nerwami w strzępach po rozwodzie, on... Do dziś nie wiem, co on tu wtedy robił. Mówił, że chce odpocząć od zgiełku Trójmiasta.

Wyjechałam, tylko po to, żeby spróbować oswoić swoją samotność
W pensjonacie prócz nas było tylko dwoje gości. Siedziałam przy stoliku sama, Adam spytał, czy może mi towarzyszyć przy kolacji. Burknęłam niechętnie, że nie jestem najlepszym kompanem, ale się nie zraził. Wieczorem wyciągnął mnie na spacer, a rano, schodząc na śniadanie zapukał do moich drzwi. Trzy dni później byłam już zakochana, a po mojej depresji nie został nawet ślad.
Przy Adamie zapomniałam, że mój mąż oszukiwał mnie przez 10 lat, że miał nie tylko inną kobietę, ale i dziecko, którego ze mną mieć nie chciał. Oczywiście, słowa "nie chcę" nigdy nie padły. Zawsze było: nie teraz, mamy czas. Wszystko było ważniejsze, wszystko trzeba było najpierw. A potem... Nie było już żadnego potem. Kiedy się dowiedziałam, niczego nie tłumaczył, nie chciał naprawiać. Na moje: "Nie umiem tak żyć" odparł, że jutro przyjedzie po rzeczy. I jeszcze, że ma nadzieję, że ze względu na dziecko, nie będę utrudniać rozwodu.
Zapłaciłam za to bezsennymi nocami, godzinami spędzanymi przed lustrem w szukaniu odpowiedzi na pytanie, co jest ze mną nie tak. Dlaczego jestem gorsza. Niż tamta, niż wszystkie inne kobiety. Tak jak chciał, nie utrudniałam rozwodu. Prosto z sądu pojechałam na dworzec. Wsiadłam do pierwszego pociągu, jaki mi się nawinął. Traf chciał, że do Juraty. Przypadkiem trafiłam do tego samego pensjonatu, w którym mieszkał Adam. Zbieg okoliczności niespecjalnie zdumiewający – niewiele pensjonatów tutaj przyjmuje gości poza sezonem. Ale to spotkanie, ta miłość, która spadła tak nagle ustawiły mnie do pionu.

Kochałam go i właśnie dlatego postanowiłam ocalić na zawsze chociaż wspomnienie o tej miłości
Ostatniej nocy, przytulona do Adama pomyślałam, ze właściwie nie chcę od niego niczego więcej. Wiedziałam, że coś przede mną ukrywa. Może jest żonaty? Nie obchodziło mnie to. Byłam zakochana, ale nie snułam marzeń o wspólnym życiu. Moje małżeństwo wyleczyło mnie z romantyzmu. Dobre było i to, co mi, co nam się zdarzyło.
Następnego dnia odprowadził mnie na dworzec. Nie prosiłam o telefon, nie dałam mu swojego, nie spytałam, kiedy się spotkamy.
– Jesteś niezwykłą kobietą – powiedział, gdy staliśmy na peronie. – O nic nie pytasz, niczego nie żądasz, nie chcesz nic wiedzieć.
Rzeczywiście. Nie chciałam. Ten romans mi wystarczał, przegnał moje zmory, ale na nową miłość, na nowe życie chyba nie byłam jeszcze gotowa. Pociąg wjechał na stację. Wsiadłam, Adam podał mi torbę. Stałam w otwartych drzwiach, a on trzymał mnie za rękę.
– Posłuchaj – powiedział. – Jeśli to, co zdarzyło się między nami, to coś ważnego, to nie zapomnimy. Spotkajmy się tu dokładnie za rok.
Pociąg gwizdnął i ruszył. Cofnęłam się w głąb wagonu, podniosłam rękę i pomachałam na pożegnanie.
– Pamiętaj. Ostatni tydzień września – zawołał jeszcze.
Kiwnęłam głową, wiedząc, że nie przyjadę. Nie dlatego, że nie chcę. Bardzo chciałam. Ale wyrosłam z marzeń o księciu na białym koniu. I postanowiłam nie dać szansy mojemu złemu losowi. Jeśli za rok mnie tu nie będzie, nie dowiem się, czy Adam przyjechał. A raczej nie dowiem się, że nie przyjechał. Będę mogła wspominać ten romans, jak bajkę, która trwała krótko, ale jednak się zdarzyła.

Miesiąc później zmieniłam zdanie. W dniu, w którym zrobiłam test ciążowy wiedziałam, że pojadę do Juraty. Kochałam Adama i chciałam dać szansę i jemu, i naszemu dziecku.
Agnieszka urodziła się w połowie czerwca, a trzy miesiące później, 21 września potrącił mnie autobus. Kiedy na dobre odzyskałam przytomność był już październik. Minęło jeszcze kilka dni, zanim przypomniałam sobie, ze miałam jechać do Juraty. Uznałam, że tak miało być.
Moja córka skończyła rok, gdy zaczęło mnie nosić. Mama widziała, że coś się ze mną dzieje, ale nie pytała o nic. Tak samo zresztą, jak nie pytała półtora roku temu, gdy powiedziałam jej, że jestem w ciąży. Ale teraz czułam, że muszę z kimś porozmawiać. Któregoś wieczoru opowiedziałam jej wszystko.
– Musisz jechać – zaczęła.
– Po co? – wzruszyłam ramionami. – Nawet jeśli on tam był, to rok temu. Nie teraz.
– Gdybyś nam wtedy powiedziała... – westchnęła.
– To co? Co by to zmieniło?
– Jak to co? – mama zdumiala się. – Zadzwoniłabym do pensjonatu i powiedziała mu, co się stało.
– Taka jesteś pewna, że on tam był?

Żeby moje szczęście mnie odnalazło, musiałam chociaż spróbować
Nie odpowiedziała, ale kiedy tydzień później oznajmiłam jej, że wzięłam urlop i jadę do Juraty, odetchnęła. A ja wiedziałam, że muszę jechać. Podpytam w pensjonacie, czy Adam był w zeszłym roku. Jeśli nie – trudno. Jeśli tak? Cóż... Znam jego nazwisko, wiem, że mieszka w Trójmieście. Teoretycznie mogę spróbować go odnaleźć.
I teraz tu byłam. Szłam w stronę pensjonatu coraz wolniej, a moje serce wywijało coraz dziksze koziołki. "Idiotko, nic się nie zdarzy" – tłumaczyłam sobie.
Zamieszkałam w tym samym pokoju, co dwa lata temu. Następnego dnia poszłam na plażę. Wciąż nie mogłam się zdobyć na to, żeby zapytać o Adama.
W końcu zdecydowałam, że tego nie zrobię. Nie chciałam wiedzieć.
Kiedy podjęłam decyzję, zrobiło mi się lżej na sercu. Zawróciłam. Teraz mogłam już wracać do domu. Zeszłam nad samą wodę wypatrując bursztynów. Dopiero, gdy potknęłam się o wbity w piach słupek zorientowałam się, że jestem już przy molo. Podniosłam głowę i zamarłam. Na ławce siedział Adam. Wstał, sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął jakiś papier.
– Nie było cię tu w zeszłym roku – powiedział spokojnie, jakby to nasze spotkanie było zupełnie oczywiste. – Ale... pomyślałem, że może coś ci wypadło... - urwał. – Teraz przyjechałaś przypadkiem? – zapytał szorstko.

Nagle zrozumiałam, że nie czas na niedopowiedzenia. Jeśli mi na nim zależy, muszę mu to okazać.
– Nie przyjechałam przypadkiem – powiedziałam. – Rok temu miałam wypadek, a teraz chciałam się dowiedzieć, czy tu byłeś, a jeśli tak, to spróbować cię odnaleźć. Chciałam ci coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.
– Ja też chciałem ci powiedzieć coś ważnego – objął mnie i nareszcie poczułam, że jestem tam, gdzie powinnam. – Ale to może poczekać – mruknął, całując mnie tak, jak śniło mi się to przez dwa lata.
– Nie może – wywinęłam się z jego objęć. – Nie zgadzam się na żadne czekanie. Znowu znikniesz mi na dwa lata i umrę z ciekawości – żartowałam, żeby rozładować napięcie, które znowu mnie ogarnęło.
– I kto tu znika na dwa lata? – mruknął, znów przyciągając mnie do siebie. – Zanim zaspokoję twoją ciekawość należy mi się jakaś nagroda.
Puścił mnie po długiej chwili i wręczył papier, który wciąż trzymał w dłoni.
– To jest mój wyrok rozwodowy – dodał niepotrzebnie, bo przecież umiem czytać. – A teraz ty powiedz mi to swoje ważne – uśmiechnął się.
– Agnieszka – powiedziałam. – Czy podoba ci się imię Agnieszka? Bo ja mówię na nią Agusia – coś musiało być w moim głosie, bo nagle spoważniał.
– Przyjechałaś, żeby mnie o to spytać? – powiedział powoli.
– Tak – odparłam, a serce waliło mi jak oszalałe. Patrzył zdumiony i nagle zobaczyłam na jego twarzy błysk zrozumienia i... – nie wydawało mi się, na pewno mi się nie wydawało – to była radość.
– To chyba już za późno na takie pytania. Rocznej... Nie, zaraz – przez chwilę mamrotał coś niezrozumiale. – Piętnastomiesięcznej pannicy nie będziemy przecież zmieniać imienia...

Karolina C., 34 lata, pracownica banku

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/13.10.2007 15:54
Kiedy rozeszlam sie z mezem po czasie zaczela doswierac mnie samotnosc. Dlugie jesienne wieczory samotne sniadania i kolacje.. Poznalam mezczyzne i zaczelismy sie spotykac. No i stalo sie zaszlam w ciaze.Urodzilam synka ale z jego ojcem nie ukladalo nam sie najlepiej zreszta i tak dla mnie ni nie znaczyl. Odszedl bo tak chcialam. Pewnego wieczoru weszlam tu na net na miedzynarodowy portal randkowy.Zaklikalam do pana ktory mial w opisie singiel mialam ochote pogadac ale nie odpowiedzial o dziwo po tygodniu zastalam na mojej poczcie maila z wiadomoscia od niego i tak zaczela sie wielka przygoda mojego zycia.Trwala on 3 lata bo moj pan ozenil sie po tyn jak dostal ode mnie pierwsza wiadomosc na poczte(ale to jest historia). Ubolewalam nad tym okropnie wpadlam w wir pracy a weekendy spedzalam w drinkiem przed kompem.Dzis moge powiedziec ze to byla najwieksza milosc mojego zycia. I tak mijaly miesiace i lata. Nagle ni stad ni z owad wpadl mi pomysl zeby zalogowac sie na jednym z naszych portali rankowych.Propozycji mialam co niemiara.Po prostu bawilam sie wspaniale. Byl czas ze tygodniami nie zagladalam na poczte i byl taki gdzie odpisywalam na maile siedzac przed komputerem do rana (tylko odpisujac bez wymiany numeru tel czy umawiania sie w realu) Niektorzy pisali po kilka razy niektorzy tylko raz. Zaintrygowal mnie jeden mail l po jego przeczytaniu milczalam nie odpisalam.Bylo ich pozniej kilka. Jak juz skusilam sie zeby zapytac owego osobnika o imie wiedzac w duchu ze wlasnie tak bedzie na nie mial i okazalo sie ze mam racje omal nie peknelam ze smiechu. Potem marzenia o ktorych (mysmy marzyli ja i moja nie spelniona milosc) i okazalo sie ze owy pan tez marzy o tym samym a kiedy juz palnelam jego date urodzenia i okazalo sie taka sama rece mi opadly. Zaczelam milczec . Na moja prosbe o przyslanie fotki owego pana na mojego maila nie bylo problemu . Pan okazal sie nawet podobny do mojego marzenia. Nie szukalam w nim przeszlosci.Zaczelismy sie spotykac.Po roku zamieszkal z nami. Taki spokojny kultularny Pan do rany przyloz do pierwszego drinka a pozniej zamienial sie w potwora . Wyzywal i ponizal a ja glupia wybaczalam mu na drugi dzien jak przepraszal. Bylo coraz gorzej.Odsunelam sie od rodziny znajomych od przyjaciol.zastalam sama z nim i dziecmi . Nadal tak jest .Sama nie wiem co mnie trzyma w tym zwiazku.Boje sie okropnie samotnosci boje sie zycia boje co inni powiedza ze znowu mi sie wyszlo wstyd mi ze tak zniszczylam sobie zycie wstyd sie przyznac przed wszystkimi jak bardzo mi zle. Biore leki na spanie czasem cala noc nie moge nawet po nich zmrozyc oka. Co robic? mam juz prawie 40 lat a moje zycie to jeden wielki stres.Czasem chcialabym umrzec moze wtedy byloby mi lzej .Kocham moje dzieci najbardziej na swiecie ale daje im zly przyklad ...Wiem ze na swiecie niektorzy maja gorsze zmartwienia bo coz ja moge powiedziec komus kto ma chore dziecko? Ale ja tez mam chora cierpiaca dusze i smutne serce...
/23.10.2007 14:49
rozumiem cię że boisz się samotności,ja tez sie boję i myślę że powinnam zostawić swojego męża,bo też mnie wyzywa jak się kłócimy i nie panuje nad sobą,a najgorsze jest to,że go kocham mimo wszystko,myśle ze powinnas pójść do psychologa i pogodzić się z najbliższymi może tobie się to uda bo jakos nie potrafię zaprotestowac
/27.09.2007 14:27
Normalnie serce zaczeło mi szybciej bić. Piękna historia i taka romantyczna.