Wyciągnęli do nich rękę

Rodzice trójki maluchów zginęli w wypadku. Dzięki ludzkiej dobroci dzieci dorastają w dobrych warunkach, pod czułym okiem cioci i wujka...
/ 16.03.2006 16:57
Koniec całego ich dziecięcego świata nastąpił 13 listopada 2002 roku. Tamtego dnia Faustynka, Patryk i Dominik Bielikowie ze wsi Podborze koło Mielca siedzieli w domu razem z babcią Marysią i czekali na rodziców. Wszystko było tak jak zawsze, tylko babcia, nie wiedzieć czemu, była coraz bardziej zdenerwowana. Może dlatego, że godziny mijały, a ich rodzice nie wracali? Potem na podwórko wjechało kilka samochodów, wysiedli z nich jacyś dorośli. Wszyscy byli zapłakani. Nawet policjant miał mokrą twarz. I wszystkie ciocie i wujkowie. A potem... potem babcia powiedziała dzieciom, że rodzice już nigdy do nich nie przyjadą, bo poszli do nieba.
Od wypadku minęły trzy lata. Faustynka, która miała wtedy pięć lat, wciąż budzi się z płaczem: Kiedy mama z tego nieba do niej wróci? I że ona, Faustynka, chce natychmiast umrzeć, jeśli dopiero w niebie ma się z mamą spotkać. Patryk i Dominik, chociaż starsi od siostry, też płaczą przez sen. I oni nie mogą zapomnieć...

Nie można ich rozdzielić
Wypadek, w którym zginęli Marta i Jan Bielikowie, rodzice Faustynki, Patryka i Dominika, zdarzył się w zwyczajny, słoneczny dzień, kiedy na drodze nie było ani wody, ani lodu, ani śniegu. Marta i Jan wracali z rzeźni z połówką świniaka, którego kupili na święta. Przejeżdżali przez wieś Piątkowiec, kiedy osobowy nissan, który nadjeżdżał z przeciwka, nieoczekiwanie zjechał na lewy pas drogi i zderzył się czołowo z ich fiatem. Zmiażdżony samochód wylądował w rowie, pasażerowie zginęli na miejscu.
Po śmierci Bielików żałoba zapanowała w całym Podborzu. Na pogrzeb przyszli wszyscy mieszkańcy. Przez łzy patrzyli, jak Faustynka tuli się do cioci Małgosi – siostry swojego taty, a Patryk kurczowo trzyma za rękę jej męża, Leszka, brata swojej mamy. Współczuli Dominikowi, który nie tulił się do nikogo, bo cały czas rozpaczliwie płakał. A kiedy ceremonia się skończyła, wszyscy wrzucali, co kto miał, do puszki, którą pod kościołem wystawił proboszcz, ksiądz Stanisław Niemiec. Bo ksiądz już wtedy zaczął myśleć o tym, że osieroconym dzieciom będzie potrzebna każda pomoc.
Proboszcz nie poprzestał na wystawieniu puszki. Przyszedł na naradę rodzinną, która miała zdecydować, co dalej z dziećmi.
Postanowili, że nikt ich nie rozdzieli. Zostaną razem, we własnym domu, w którym dotąd mieszkali z babcią i rodzicami. Tylko... z kim mieli tam mieszkać? Babcia, stara i schorowana, wciąż nie mogła się pogodzić ze śmiercią jedynego syna i nie miała siły się nimi zająć. A wszystkie ciocie i wujkowie – i Marta, i Jan mieli po sześcioro rodzeństwa – żyli we własnych domach, swoim własnym życiem.

Żeby nie byli sami
– Zdecydowaliśmy, że zamieszkamy z dziećmi, że zostaniemy ich rodziną zastępczą – mówi Małgorzata Dereń, najmłodsza siostra Jana Bielika. Razem z mężem i dziećmi, siedmiomiesięcznymi bliźniakami Martynką i Filipkiem, mieszkała wtedy u teściów. Właśnie zaczęli remont swojego mieszkania. Ale bez wahania zdecydowali, że zmienią swoje dotychczasowe życie. Żeby tylko dzieci nie były same.
– Cała rodzina pomogła nam w przeprowadzce – mówi Małgorzata. – Rzuciłam pracę, żeby się wszystkim zająć. Dzieci chodziły krok w krok, i za mną, i za mężem. Tak jak dawniej, mówiły do nas: ciociu, wujku, chociaż czasem wymykało im się – mamo, tato...
Trochę byliśmy przerażeni, bo dom był już stary i wymagał remontu. Potrzebne było wszystko, od materiałów na budowę komina po nowe okna, piec i podłogę. Niemal z dnia na dzień musieliśmy znaleźć pieniądze na utrzymanie piątki dzieci i na remont. A żadnych oszczędności nie mieliśmy... – wspomina jej mąż Leszek. W zamyśleniu spogląda na świeżo otynkowane ściany, na nowe okna. – Teraz to wszystko wygląda inaczej – mówi. – Ale nie nasza w tym zasługa. Ludzie pomogli... Zupełnie obcy ludzie – uściśla.

Tajemniczy ofiarodawca

Reprezentantem dzieci został szwagier ich mamy, Marek Litwin. Razem z księdzem ustalili, że założą dla malców konto, na które życzliwi ludzie będą mogli wpłacać pieniądze na ich przyszłość, na ciepłe buty na zimę i na naukę.
Któregoś dnia zadzwonił do nas młody mężczyzna – opowiada Małgorzata Dereń. – Powiedział, że kiedy miał sześć lat, także stracił tatę. Mówił, że wtedy znaleźli się ludzie, którzy mu pomogli, i że on obiecał sobie, że jak będzie mógł, także pomoże innym. Usłyszał o tragedii dzieci, o tym, że mieszkają w domu, który wymaga natychmiastowego remontu. Kupił wszystko, czego trzeba do ocieplenia ścian, wynajął ekipę robotników i przysłał ich do nas.
– Do dziś nie wiemy, kim jest – Leszek Dereń uśmiecha się z wdzięcznością. – Kiedy robotnicy skończyli, przyjechał, sprawdził i... zniknął.
– Większość ofiarodawców nie chciała ujawniać nazwisk – mówi Marek Litwin. – Mówili: nie my jesteśmy ważni, tylko dzieci. Przysyłali pieniądze i żywność, książki i zabawki. Osoby prywatne i firmy, jak „Muszynianka”. Ofiarowali nowe okna i materiały budowlane. Wszystkich stron w „Przyjaciółce” nie wystarczyłoby, żeby podziękować...
– Niektórzy proponowali pomoc przy remoncie – dorzuca Leszek Dereń. – Łatwiej żyć ze świadomością, że człowiek nie zostaje sam, nawet jeśli los nie jest łaskawy.

Czas leczy rany?
Niektórzy myśleli, że czas zaleczy rany, że z biegiem czasu dzieci powoli zapomną o stracie. Ale one pamiętają. Któregoś dnia jedna z ciotek zabrała Faustynkę do siebie. Była zima, droga oblodzona, jechały wolniutko. Nagle Faustynka powiedziała: Jakbyśmy jechały szybciej, miałybyśmy wypadek i poszłybyśmy wreszcie do mamy...
Rodzina zaczęła szukać pomocy u psychologów.
Orzekli, że dzieci są nerwowe, że to normalna reakcja po tragedii, jaka je spotkała. Trzeba dać im czas i dużo, dużo miłości.
– Dla naszych dzieci zrobimy, co tylko można – mówi ciocia Małgosia. – Wierzymy, że damy radę, a ludzka życzliwość wciąż będzie nas otaczać...

Agata Bujnicka

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)