Biologia uczuć

Z profesorem Bogusławem Pawłowskim o seksie, prawdziwej miłości i o rozrodczych sztuczkach obu płci rozmawia Aneta Prymaka.
/ 28.04.2008 11:23
Czy istnieje romantyczna miłość, niezwykły poryw serca? Po lekturze tekstów antropologicznych można dojść do wniosku, że to tylko sztuczka mężczyzn, by skłonić kobietę do seksu.
– Tak daleko bym się nie posunął. Zwłaszcza że
to raczej kobiety „wymyśliły” miłość. Z punktu widzenia antropologii miłość jest ewolucyjnym efektem przywiązania kobiety do dziecka.

W przypadku gatunków, których potomstwo rodzi się niezdolne do samodzielnego życia, niezbędna jest im opieka, często pełna poświęceń i narażania się rodziców. Natura więc niejako wymusiła tę miłość na kobietach, między innymi poprzez gospodarkę hormonalną. Zwłaszcza przez wydzielanie oksytocyny podczas akcji porodowej. Badania dowiodły, że wstrzyknięcie tego hormonu samicy ssaka sprawia, że zaakceptuje ona cudze dziecko i będzie wychowywać jak własne, choć w innych warunkach pewnie by je odrzuciła. Dzięki temu niemal od chwili porodu kobieta jest związana z dzieckiem, jest w stanie je pielęgnować, przewijać, karmić własną piersią, przytulać, pieścić itp.
Co ciekawe, także kobiecy orgazm związany jest z wydzielaniem oksytocyny. Być może przez to silniej wiąże się ona z mężczyzną doprowadzającym ją do rozkoszy? Wszystko się więc zaczęło od miłości matczynej. Zresztą wiele zwyczajów miłosnych stosowanych przez kochanków narodziło się właśnie w relacji dziecko–matka. Weźmy na przykład pocałunek pokarmowy znany niemal we wszystkich kulturach. Dziś mamy miksery, ale pierwotnie matka sama przeżuwała pokarm i z ust do ust podawała swemu maleńkiemu dziecku. Był to oczywiście pocałunek nieseksualny, dziś jednak kochankowie często podają sobie z ust do ust jakieś delikatesy.

I to miłość matczyna jest pierwowzorem zaangażowania emocjonalnego kochanków?
- Tak, miłość romantyczna jest ewolucyjnie późniejsza. I to kobietom bardziej zależało na jej powstaniu. Z punktu widzenia kobiety związanie się z mężczyzną, który o nią zabiega, przynosi jej prezenty, było korzystną strategią. Jeśli podczas zalotów przynosił jej najlepsze kawałki upolowanej zwierzyny, to pokazywał, że jest na tyle zaradny i sprytny, by zdobyć pożywienie i zapewnić opiekę kobiecie oraz dziecku, które się w ich związku urodzi. U mężczyzny zaś wcześniej ewolucja raczej nie promowała wierności i więzi emocjonalnej z jedną wybranką przez całe życie. Dla niego i jego genów najkorzystniejsze było zapłodnienie jak największej liczby kobiet.

By je zdobyć, mógł więc pokazać im swoje zaangażowanie oraz miłość, która będzie trwała wiecznie. Ale chyba nie trwa?
Bo jesteśmy tak biologicznie zaprogramowani, by nie trwała wiecznie. Przecież zakochanie i wszystkie wynikające z tego odczucia wiążą się z ogromnym hormonalnym zamieszaniem w naszym organizmie. I ta hormonalna burza trwa od kilkunastu do nawet 40 miesięcy. Czyli przez czas potrzebny do tego, by począć, wydać na świat i odchować dziecko do momentu zakończenia karmienia piersią.

Czyżby trwałe związki damsko-męskie, w tym małżeństwo, były wbrew naturze? Przynajmniej wbrew męskiej naturze?
– Nie do końca. Do powstania instytucji małżeństwa doprowadziło kilka przyczyn. Po pierwsze, potrzeba wspólnej opieki nad potomstwem. Wcześniej to kobieta ponosiła cały ciężar z tym związany – to ona jest w ciąży, a potem musi karmić piersią i zajmować się dzieckiem. Małżeństwo sprawiło, że wysiłek przynajmniej częściowo rozkładał się na dwie osoby. Mężczyzna zapewniał pożywienie i opiekę.

To chyba także przyczyniało się do przekazywania własnych genów. Co z tego, że mężczyzna zapłodnił kilkanaście kobiet, skoro dzieci bez opieki ojca mogły nie przeżyć pierwszych miesięcy...
– To prawda. Do tego dochodził aspekt ekonomiczny – wspólne kumulowanie zasobów, które podobnie jak posiadanie dzieci bardzo wiąże ludzi ze sobą. A także aspekt społeczny – silny nacisk kładziony na to, by mężczyźni poskromili swoje samcze zapędy. Poza tym przecież w społeczeństwie, w którym żyje mniej więcej tyle samo kobiet i mężczyzn, większość i tak nie znalazłaby więcej niż jednej kandydatki na żonę. Zresztą znacznej części mężczyzn nie stać byłoby na kilka żon. Tu niemałą rolę odgrywają warunki środowiska. Na przykład wśród Eskimosów surowe warunki życia sprawiają, że mężczyznę z trudem stać na utrzymanie jednej żony, a co dopiero kilku.

A kiedy narodziło się małżeństwo?
– Niestety, nie wiemy. Niektórzy wprawdzie próbują dowodzić, że już australopiteki żyły w stałych związkach, ale wydaje się to mało prawdopodobne. Zresztą nasza biologia sugeruje, że nie jesteśmy gatunkiem monogamicznym. Bo gdybyśmy byli, kobiety i mężczyzni mieliby ten sam wzrost i ważyli tyle samo, tak jak nasi monogamiczni krewni gibony. Tymczasem mężczyźni są średnio o 7–9 procent wyżsi od kobiet.
Człowiek jest gatunkiem umiarkowanie poligamicznym. Większość ludzi żyje w związkach monogamicznych. Ale część z nich się rozpada, dość często zdarzają się zdrady.

Zachowaniami związanymi z miłością i seksem rządzą więc bardzo pierwotne prawa, które jednak podlegają pewnym zmianom. Mam wrażenie, że możemy je właśnie obserwować.
– Rzeczywiście w świecie Zachodu zachodzą ogromne kulturowe zmiany. To efekt bardzo silnego sfeminizowania tej kultury. Kobiety od kilkudziesięciu lat mają niespotykany dotychczas wpływ na procesy społeczne. Świat zaczyna być wręcz postrzegany oczami kobiet – wcześniej była to przecież męska perspektywa. Dlatego też zaczyna dominować, przynajmniej oficjalnie, ich punkt widzenia, jeśli chodzi o miłość: kładzie się dziś na nią bardzo duży nacisk. To oczywiście bardziej złożone zjawisko, bo dochodzą tu także czynniki ekonomiczno-prawne, społeczne oraz religijne promujące wierność i monogamię.

Czy to kulturowe zamieszanie może trwale wpłynąć na wzorce zachowań człowieka?
– Trudno powiedzieć, jak długo obserwowana dziś tendencja się utrzyma. Jeśli na przestrzeni kilkudziesięciu pokoleń ewolucja promuje określony wzorzec zachowań, to może on zacząć dominować. Gdy na przykład większy sukces reprodukcyjny odniosą mężczyźni opiekuńczy, troszczący się o swoją partnerkę i pozostający jej wierni, to możemy się spodziewać, że za kilka tysięcy lat taki typ mężczyzny stanie się dominujący. Cechy te, jak dowodzą badania, są przecież w niemałym stopniu uwarunkowane genetycznie. Musimy też wziąć pod uwagę inne czynniki, które mogą doprowadzić do zmian. Typ mężczyzny hulaki, który ma wiele partnerek i zmienia je bardzo szybko, w przeszłości był dość skuteczny reprodukcyjnie. Obecnie może być eliminowany przez to, że kobiety stosują antykoncepcję i mogą precyzyjnie planować i skuteczniej kontrolować reprodukcję. Nie zachodzą więc w ciążę, gdy partner jest nieodpowiedzialny i nie zamierza się z nimi wiązać ani łożyć na utrzymanie wspólnych dzieci. Co więc z tego, że ten mężczyzna przez całe swoje życie będzie miał nawet sto partnerek, jeśli żadna z nich nie zajdzie z nim w ciążę? Kiedy kobiety nie mogły sterować swoją płodnością, taki hulaka mógł liczyć, że z tych stu kobiet kilkanaście urodzi jego dzieci. Dziś jego taktyka może się okazać kompletną porażką i za ileś tam pokoleń mężczyźni o takich cechach będą o wiele rzadziej spotykani. Za to mężczyźni opiekuńczy i wierni będą mieli wielu potomków, którzy odziedziczą ich cechy. Jakby powiedział to dzisiejszy macho – mężczyźni staną się w swoich zachowaniach zniewieściali. Choć trzeba przyznać, że ta tradycyjna męska strategia poszukiwania jak największej liczby partnerek jest dość silnie zakorzeniona w biologii i wielu mężczyzn stosuje strategię mieszaną – z jednej strony żyją z jedną partnerką, ale z drugiej robią skoki w bok. Zresztą w pewnym stopniu dotyczy to również kobiet.

No właśnie, porozmawiajmy o kobietach. Czy to, że kobiety zyskały tak silny wpływ na zachodnią kulturę, pozwoliło nam dowiedzieć się czegoś więcej o ich naturze?
– Na pewno. Zmieniło się bardzo wiele. Kiedyś w naszym kręgu kulturowym kobieta miała niewielki wpływ na to, co się z nią dzieje – decydowała za nią najpierw rodzina, potem mąż. Dlatego jej strategie zachowań reprodukcyjnych były ograniczone, podczas gdy męskie były szerokie i zróżnicowane. Teraz okazało się, że wachlarz kobiecych zachowań również może być dość szeroki. Emancypacja kobiet pokazała na przykład, że one są bardziej skłonne do zdrady, niż kiedyś uważano. Wprawdzie kobiety zdradzają inaczej niż panowie – gdy już decydują się na zdradę, wybierają kogoś lepszego niż ich stały partner. Jest on więc bardziej uczuciowy, czulszy niż ich małżonek, ma zasobniejszy portfel albo wyższą pozycję społeczną.

Jest też młodszy?
– Niekoniecznie. Wiek partnera nie ma dla kobiet aż tak dużego znaczenia. Chyba że mężczyzna stał się impotentem, przestał je zadowalać seksualnie itp. Trzeba jednak pamiętać, że sprawność seksualna mężczyzn wprawdzie słabnie, ale wystarczy nowa partnerka, by wróciła im ochota na seks oraz możliwości. Mężczyźni – w przeciwieństwie do kobiet – jeśli zdradzają, to ich nowe partnerki często bywają gorsze niż ich żony: brzydsze, mniej inteligentne... Ale za to często młodsze. Bo w przypadku kobiety wiek jest związany z jej możliwościami rozrodczymi, dlatego bardziej pożądane były te młode, które zdążą urodzić kilkoro dzieci. Ale jako że mężczyźni nie znali metryki, oceniali wiek wybranki na podstawie wyglądu. Cennymi cechami były na przykład aksamitna skóra czy szczupła sylwetka. Dlatego kobiety od wielu pokoleń starają się ukryć swój wiek. Pod makijażem, ubraniem, poprzez operacje plastyczne, intensywnie się odchudzając. Współczesne techniki sprawiają, że robią to coraz bardziej perfekcyjnie.

Mężczyźni nie oszukują po to, by zdobyć partnerkę?
– Oczywiście, że oszukują, ale zupełnie inaczej. Coś innego jest w ich przypadku ważne dla płci przeciwnej: tu chodzi bardziej o zasobność portfela i zaradność życiową, która dla kobiety jest dowodem na to, że mężczyzna będzie w stanie zapewnić jej i dzieciom utrzymanie. Gdy analizujemy ogłoszenia matrymonialne, właśnie te cechy starają się mężczyźni podkreślić i wysunąć na pierwszy plan.

A jak wytłumaczyć niż demograficzny? Świat Zachodu nie musi się martwić o przetrwanie, żywności jest w bród, żyje się względnie bezpiecznie. Wydawałoby się, że panują idealne warunki do tego, by się rozmnażać. A ludzie dobrowolnie rezygnują z przekazywania swoich genów.
– Na to złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim postęp medycyny i pojawienie się antykoncepcji, dzięki której kobiety mogą kontrolować swoją płodność. Istotne jest też to, że wraz ze wzrostem poziomu życia bardzo wzrosły koszty wychowania potomka. I nie chodzi tu tylko o nakłady materialne. Wysokie są także koszty społeczne, zwłaszcza z punktu widzenia kobiety. Jednocześnie status kobiet bardzo się zmienił: zyskały one dostęp do edukacji, ich ambicje upodobniły się do ambicji mężczyzn. Tyle tylko że w przypadku mężczyzn w parze z sukcesem zawodowym idzie zwykle sukces reprodukcyjny wyższy od przeciętnego. Mężczyźni osiągający wysoką pozycję społeczną mają zwykle więcej dzieci niż wynosi średnia. U kobiet jest odwrotnie. Ponad połowa kobiet menedżerów w Europie nie ma dzieci. Poza tym dłuższa edukacja sprawiła, że moment zakładania rodziny i rodzenie dzieci przychodzi później.

Czyżby biologia nie miała metod, by się obronić przed dzisiejszymi zmianami kulturowymi?
– Biologia sobie poradzi. Tyle tylko że może za kilkaset lat dzisiejszą Europę zamieszkiwać będą na przykład Latynosi albo potomkowie mieszkańców krajów azjatyckich. I będą tylko od czasu do czasu wspominać ze śmiechem, że byli kiedyś jacyś Słowianie, jacyś Anglosasi, ale wyginęli na własne życzenie. Zresztą historia zna już przypadki sekt, które do tego stopnia potępiały seks, że nie były w stanie się rozmnażać: na przykład rosyjscy Skopcy. I w związku z tym wyginęły.

Co się zatem stało z naszą potrzebą przekazywania swoich genów?
Jeśli nic się nie zmieni, może się okazać, że duży mózg czy silne rozwijanie inteligencji to ewolucyjny bubel. Historia zna i takie przypadki. Przykładem może być jeleń irlandzki, u którego dobór płciowy promował coraz większe poroże. Według jednej z hipotez w pewnym momencie poroże osiągnęło takie rozmiary, że samce tego gatunku nie mogły z takim ciężarem prawidłowo funkcjonować. I jeleń wyginął. Ale nie ulegajmy panice. Ta sama historia pokazuje, że w dziejach ludzkości nie brakuje zaskakujących zwrotów i zmian.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

Tagi: związek
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/23.05.2007 11:12
zgadzam sie w duzej czesci z artykulem.niewyobrazam sobie calego zycia zjednym facetem i nigdy nie dowiedziec sie jak to jest z kims innym
/16.03.2007 22:39
Czyli miłość to abstrakcja -miałam racje
/09.03.2007 03:58
COS W TYM WSZYTSKIM JEST, DRODZY PANSTWO. ABSOLUTNIE ZGADZAM SIE Z TEORIA O TYM ZE NIE JESTESMY MONOGAMICZNI... CHODZ TAK BARDZO STARAMY SIE TO SOBIE NARZUCIC... I PO CO? ZYJMY ZGODNIE Z NATURA!!! :)