Chwytam życie garściami

Tatiana jest piękna, pogodna, pełna energii. Umie cieszyć się każdą chwilą. To choroba nauczyła ją być szczęśliwą i żyć w zgodzie ze sobą.
/ 12.07.2006 16:23
Była to zwykła kontrola ginekologiczna, osiem lat temu. Czułam się całkiem nieźle, nie chorowałam, nie miałam większych dolegliwości. Lekarz zrobił mi cytologię. Kilka dni potem zadzwonili do mnie z przychodni, że trzeba pobrać wycinek do badań. I tak się zaczęło. Dowiedziałam się, że znaleziono komórki nowotworowe. Jak to!? Ja mam raka? Niemożliwe! To był kompletny szok. Potem przyszły przerażenie i rozpacz.
Wciąż tylko kołatało mi w głowie jedno pytanie: dlaczego właśnie ja? Za co? Mąż okazał się bezsilny i bezradny wobec mojej choroby. Zupełnie nie wiedział, co robić. Nasze życie – do tej pory spokojne i ustabilizowane – legło w gruzach. Choroba odwróciła wszystko do góry nogami. Wtedy czułam się winna. Teraz wiem, że kobieta w takiej sytuacji potrzebuje przede wszystkim rozmowy. Żeby ktoś wziął ją za rękę, wyjaśnił, co to jest ten rak i zrozumiał jej ból. Żeby był cierpliwy i wspierał ją każdego dnia. Wierzył, że będzie dobrze. Ja takiej osoby nie miałam. Czułam, że ziemia usunęła mi się spod stóp. Przez tydzień płakałam, rwałam włosy z głowy. Pożegnałam się już w myślach
z bliskimi. Z emocjami, za którymi tęskniłam, z krajami, których nie zwiedziłam... Z mnóstwem rzeczy, które wydały mi się już nieosiągalne...
Jednak to dobrze, że powiedziano mi wprost: „Ma pani raka!” Dlatego, że kiedy minął pierwszy szok, zaczęłam stopniowo oswajać tę myśl. Mój umysł uparcie uczepił się słów lekarki: „Jeszcze jest nadzieja”. Trzy krótkie słowa dały mi wielką siłę. Poczułam, że chcę żyć. Zaczęłam walczyć. Poddałam się operacji. Przez tydzień leżałam w szpitalu. Mąż przyniósł mi sterty czasopism. Całymi dniami czytałam o życiu gwiazd, pięknym i cudownym. To pozwalało mi zapomnieć o własnych problemach. Szybko doszłam do siebie i wróciłam do pracy.
Wydawało się, że już po wszystkim, że niebezpieczeństwo minęło. Kiedy jednak za rok poszłam na badanie, okazało się, że to wcale nie koniec mojej walki. Nowotwór podniósł znów głowę jak hydra. Po raz drugi musiałam iść pod nóż. Tym razem bałam się mniej. Wiedziałam, co mnie czeka, i było mi łatwiej. Jestem jednak pewna, że gdyby po raz trzeci badanie wykazało guza – sprzedałabym wszystko i wyruszyła
w podróż dookoła świata.
Odpukać, jak na razie – cisza. Ale czy wszystko wróciło do normy? I tak, i nie. Teraz jestem już zupełnie inną osobą. Choroba przewartościowała cały mój świat. Kiedyś na przykład marzyłam o srebrnej zastawie stołowej. Teraz wiem, że gdybym miała wybór: zastawa czy podróż – wybrałabym podróż. Bo choroba nauczyła mnie dystansu do kariery, przedmiotów, pieniędzy. Przekonałam się, że najważniejsze są moje przeżycia, to, co czuję. Tego nikt mi nie odbierze. Zaczęłam oddychać pełną piersią: aerobik, basen, konie, tenis. Pojechałam do Francji, do Kazachstanu, Kenii, Azerbejdżanu. I wreszcie flamenco. Moje wielkie marzenie, jeszcze z dzieciństwa. Wcześniej zawsze czegoś brakowało, a to czasu, a to pieniędzy... I nagle po chorobie okazało się, że żadne przeszkody nie istnieją. Flamenco zawładnęło mną całkowicie: dokładnie odpowiada mojemu temperamentowi, moim emocjom. Pochodzę ze Wschodu, z Magadanu w dalekiej Rosji. U nas mówi się tak:
„W 40 lat libo ty sam sobie doktor, libo ty durak”. Wierzymy też, że jeśli człowiek nie spełnia się w życiu i nie żyje w zgodzie ze sobą, traci jakiś organ. Według tej teorii za sztukę i wszystko, co z nią związane, odpowiadają właśnie kobiece narządy. Ja do tej pory, wbrew sobie, wszelkie działania artystyczne odsuwałam na drugi plan. Najważniejsze było, by zarobić na życie.
Dziś wiem, że choć uwielbiam swój zawód, nie zrezygnuję z pasji. Będę tańczyć nawet jako staruszka. Bo to właśnie flamenco daje mi siłę do życia. Jestem jedną z najstarszych tancerek w zespole (większość to 19- i 30-latki). Mąż chwali się mną przed wszystkimi znajomymi. Uszyłam sobie czerwony kostium i dwa razy w tygodniu po pracy chodzę na flamenco. Wracam do domu zlana potem, a mimo to czuję się jak nowo narodzona. Wreszcie wiem, że chwytam życie pełnymi garściami. Czy pamiętam o tym, co było? Oczywiście! Wsłuchuję się w siebie, obserwuję swój organizm, i staram się wyczuwać, czego potrzebuje. Aha! I jeszcze jedno. Niedawno zaczęłam malować. Pracuję właśnie nad obrazem pt. „Uczucie”. Chcę wyrazić kolorem wszystkie swoje emocje: złość, żal, namiętność, miłość, smutek. Kiedy jestem szczęśliwa, maluję radość, kiedy mi smutno – smutek. To też rodzaj terapii. Chodzi o to, by w sposób najbardziej prawdziwy oddać stany duszy. Mój obraz może więc powstawać przez całe życie. I taki mam plan.

Najkrócej o sobie samej
Imię i nazwisko:
Tatiana Szafran
Wiek: 40 lat
Zawód: dyrektor ds. eksportu w warszawskiej firmie budowlanej
Zainteresowania: taniec, podróże, urządzanie wnętrz, malarstwo
Sposób na sukces: to, co robisz dziś, musi cię przybliżać do tego, co będziesz robić jutro

Notowała: Nina Załuska

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/04.08.2006 19:37
ze bedzie lepiej.Niby jestem zdrowa ale nic mnie nie cieszy.
/31.07.2006 11:29
zazdroszcze tej kobiecie tak silnej woli,samozaparcia,mnie bardzo tego brakuje w codziennym zyciu,mimo ze nie jestem powaznie chora,tylko choruje moja dusza,nie umiem sobie poradzic ze soba,ale gdy czytam gdy komus sie udało przezwyciezyc cos tak strasznego,robi mi sie cieplej na duszy