Matki od aniołków

Wciąż nie respektuje się praw dzieci, które umarły w brzuchach matek lub urodziły się zbyt wcześnie, by je ratować. A przede wszystkim ignoruje się prawa ich rodziców.
/ 06.06.2007 10:03
Na jednym z forów internetowych dwa miesiące temu pojawił się krótki, dramatyczny list. Napisała go 30-letnia Kasia: „Byłam w ciąży. Niestety, dziecko urodziło się w piątym miesiącu i nie przeżyło. Nie pozwolono mi pochować córeczki na katolickim cmentarzu, ponieważ ksiądz uznał, że jeszcze nie była człowiekiem!”.
Elżbieta Chojnacka z Rady do spraw Rodziny Konferencji Episkopatu Polski uważa, że taka historia w dzisiejszych czasach nie mogła się w Polsce zdarzyć. Ale się zdarzyła. Nie tylko Kasi. W małej wiosce pod Lublinem kilka lat temu ksiądz nie chciał wyprawić pogrzebu zmarłej dziewczynce. Jej serce przestało bić w ciele matki. Kapłan wyjaśnił rodzinie, że nie będzie się modlił nad grobem nieochrzczonej istoty.
Tak było kilka lat temu. Dziś przeciwnicy aborcji, w tym również część koalicji rządzącej, walczą o to, by prawa dziecka od momentu jego poczęcia zagwarantowane były w konstytucji. Tych samych polityków nie interesuje los matek, które straciły dziecko we wczesnym etapie ciąży. Co więcej – nie interesuje ich, że martwe dziecko utylizowane jest w szpitalu jak odpad, choć zgodnie z prawem ma być traktowane jak człowiek.
Kobiety nie są o tym informowane, co nie daje im prawa wyboru.
Wiele niedoszłych matek chce jak najszybciej zapomnieć o poronieniu, nie chce myśleć o zmarłym dziecku. Są jednak kobiety, które nie mogą przeboleć, że nie wiedziały, że mogą walczyć o pozostawienie im ciał dzieci. Pozostawienie, aby mogły je godnie, według swoich przekonań, wiary i macierzyńskich uczuć pochować. Takich kobiet jest coraz więcej. Z istniejącym od roku Stowarzyszeniem Rodziców po Poronieniu codziennie kontaktuje się przynajmniej kilka.

Za każdym razem pusty brzuch, puste ramiona bolą bardziej. Wróciłam do domu, do pustego, cichego domu, domu po raz czwarty pogrążonego w żałobie. Dziś nie obudził mnie mój ulubiony poranny kopniak.

Marta z Wrocławia kupiła dwie szkatułki. Jedna posłużyła jej za trumnę dla Mai. Ubrała maleństwo w różową sukienkę. Kupiła ją w sklepie z ubraniami dla lalek, bo ubranka dla niemowląt okazały się o wiele za duże dla dziecka, które przyszło na świat w 21. tygodniu ciąży (normalna ciąża trwa 40 tygodni). Potem Marta ostatni raz pocałowała córeczkę. Nigdy nie zapomni jej twarzy: brązowe oczy ojca i zadarty nosek po babci. „Do widzenia, mój aniołku” – szepnęła Marta.
– Doprawdy miałam szczęście, że mogłam ją tak czule pożegnać – zapewnia teraz.
W drugiej szkatułce Marta trzyma kawałek białej szatki, w którą w szpitalu owinęła dziecko. Bo przyniesiono je do niej całkiem nagie, obnażone, w metalowej szpitalnej nerce. Wcześniej położna jeszcze żywą córkę Marty położyła w blaszanym pojemniku na parapecie. Czekała, kiedy wreszcie Maja przestanie oddychać. Przestała po 15 minutach. Być może sama nie chciała oddychać ani chwili dłużej, bo nie od dziś wiadomo, że w metalowych nerkach odchodzącym ze świata dzieciom jest przejmująco zimno.
– Mojego synka też nie ratowano, choć urodził się żywy – mówi Beata Dziwosz ze Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu założonego kilka lat temu przez matki i ojców, którzy postanowili walczyć o prawa swoje i swoich zmarłych dzieci. – Tłumaczono mi, że dziecko z ciąży 22-tygodniowej ma prawie zerowe szanse na przeżycie.
– Nie, nie ratujemy takich dzieci – przyznaje doktor Krzysztof Preis, kierownik Kliniki Położnictwa Akademii Medycznej w Gdańsku, wojewódzki konsultant do spraw ginekologii i położnictwa. – Musimy się kierować pragmatyzmem medycznym. Nie zawsze idzie to w parze z etyką.
W Polce nie ma jednolitych reguł co do ratowania dzieci. O tym, czy je ratować, czy nie, decyduje ordynator szpitala. W praktyce ratuje się dzieci od 26. tygodnia.

Jestem wyrodną matką – żadnego z dwójki zmarłych dzieci nie pochowałam. Bo nie wiedziałam, że mam do tego prawo. Za pierwszym razem w szpitalu żaden z badających mnie lekarzy nie kwapił się do oglądania ligniny i szukania tam zarodka... W trakcie badania USG lekarka powiedziała tylko, że jama macicy jest pusta. Żyję ze świadomością, że szczątki mojego dziecka znalazły się w koszu.

Poronieniem medycyna nazywa przyjście na świat dziecka przed 22. tygodniem ciąży – nawet gdy kobieta rodzi je w normalny sposób. Dopiero po 22. tygodniu poród to poród, nie poronienie. Ministerstwo Zdrowia wyjaśnia mi, że szpitale mylą tę terminologię medyczną, którą mogą się posługiwać wyłącznie na użytek naukowy, z obowiązującymi powszechnie przepisami. A przepisy są jednoznaczne – polskie prawo od wielu już lat stoi po stronie matki, która poroniła i która chce pochować swoje dziecko niezależnie od jego wagi i wieku.
W styczniu tego roku weszły w życie dwa nowe rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia („W sprawie postępowania ze zwłokami i szczątkami ludzkimi” oraz „W sprawie wzoru karty zgonu oraz sposobu jej wypełniania”) utrwalające istniejące już wcześniej przepisy. Z ministerialnych ustaleń wynika między innymi to, że każdy polski szpital ma obowiązek w ciągu trzech dni przesłać do urzędu stanu cywilnego pisemne zgłoszenie urodzenia dziecka lub jego akt zgonu. Na podstawie tego drugiego można wyprawić dziecku pogrzeb.
Problem w tym, że gdy rodzi się lub poroni dziecko przed upływem 22. tygodnia ciąży, szpitale nic nie wysyłają. Najczęściej twierdzą, że nic nie wiedzą o przepisach. – Wciąż udają, że te dzieci nie istnieją – zgodnie mówią członkowie Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu.
Udają do tego stopnia, że nie chcą oddawać rodzicom ciał ich dzieci, by można je było pochować.
– Martwe płody ulegają utylizacji zgodnie z przepisami – wyjaśnia mi doktor Krzysztof Preis. – Tak jak każda inna tkanka od pacjenta. Przecież jak się komuś coś wyrżnie na chirurgii, to także coś z tym trzeba zrobić.
Krzysztof Preis w tej kwestii się myli. Prawo wyraźnie mówi, że u dzieci po poronieniach i przedwczesnych porodach nie liczy się długość ciąży, że bez wględu na tydzień, w którym zmarło, należy traktować je jak zwłoki, a tych utylizować nie można.

Ból był okropny, ale najgorsze było to, że oczyszczając mnie, robiono to na moich oczach i wrzucano resztki mojego dzieciątka do miski. Potem położyli mnie na sali z kobietami w ciąży. W pewnej chwili wszedł lekarz. – Drogie panie! – krzyknął głośno i radośnie. – Czy przygotowałyście już w domach łóżeczka dla swoich pociech?
– W polskiej machinie położniczej nie ma już miejsca dla kobiet, którym nie udało się wydać na świat zdrowego potomka – mówi Urszula Kubicka-Kraszyńska z Fundacji „Rodzić po Ludzku”. – Kobiety po poronieniach traktowane są z agresją, obojętnością lub – w najlepszym wypadku – z pobłażaniem. Szpitale traktują takie matki całkowicie bezosobowo.
Zdaniem Urszuli Kubickiej-Kraszyńskiej szpitalna znieczulica to przede wszystkim efekt braku psychologicznej wiedzy wśród personelu medycznego.
– Nie mam psychologa i nie będę go miał, bo mnie na niego nie stać – zarzeka się doktor Preis z Gdańska. I dodaje, że z tych samych powodów nie jest w stanie stworzyć roniącej kobiecie innych warunków do godnego porodu i pożegnania się z dzieckiem. W jego szpitalu pacjentki, którym umarły dzieci, kładzie się czasem na sali z ciężarnymi i nie informuje ich o tym, że mogą odebrać ciało dziecka i je pochować. A powinno się. Taki obowiązek nakłada na doktora Preisa Karta Praw Pacjenta.
– Jak pani to sobie wyobraża? – irytuje się położnik. – Że będę chodził i pytał kobiety, czy chcą odebrać zwłoki? Są pacjentki, które nie chcą niczego widzieć.
Według doktora zobaczenie przez matkę martwego dziecka może zostawić u niej ślad psychiczny.
– To kwestia wyboru. Każda z kobiet ma prawo decydować, czy chce zobaczyć i odebrać swoje dziecko, czy nie – ripostuje Monika Nagórko ze Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu. – Ale tego wyboru kobieta w Polsce po prostu nie ma.
Aldona (imię zmienione) straciła dziecko w styczniu tego roku. Do mnie napisała list w kwietniu, tuż przed pogrzebem. Wcześniej wraz z mężem musiała stoczyć wojnę ze szpitalem, by wydano jej ciało maleństwa.
– Najpierw od lekarzy dowiedzieliśmy się, że to nie dziecko, tylko materiał – wspomina Aldona. – A kiedy odbierałam swoje rzeczy ze szpitala, usłyszałam przez drzwi, jak jakaś kobieta wykrzykiwała: „Dzieciaka nie ma, a wyskrobiny chcą wziąć!”.
Aldona jednak wzięła i pochowała na cmentarzu to, czego zdaniem medycznego personelu „nie ma”. W asyście księdza, w normalnym grobie. Napisała mi, że znalazła piękne miejsce na cmentarzu, pod starym, wielkim drzewem.
– Mam głęboką potrzebę odwiedzania tego miejsca i pielęgnowania go – przyznała.
– Przeżycie żałoby po stracie dziecka, wyprawienie mu pogrzebu, uczestniczenie w jego ostatnim pożegnaniu, a potem odwiedzanie grobu wielu kobietom pozwala godnie zmierzyć się z nieszczęściem, jakie je spotkało – mówi Izabela Barton-Smoczyńska, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. I dodaje, że prawo do pożegnania to także prawo do bycia pełnoprawną matką. A tego kobieta, która straciła dziecko, być może najbardziej potrzebuje.
Mąż biega po tych parszywych urzędach i wszystko załatwia. Podobno ZUS nie chce nam pokryć kosztów pogrzebu. Nic z tego nie rozumiem. Ksiądz powiedział, że w takiej sytuacji nie odprawia się mszy. Czy moje dziecko było gorsze?

W kwietniu tego roku Międzynarodowa Komisja Teologiczna przy Watykanie podjęła decyzję o rezygnacji z koncepcji tak zwanego limbusu, czyli otchłani, do której – zgodnie z wielowiekową tradycją w Kościele katolickim – miały trafiać dusze dzieci zmarłych bez otrzymania chrztu. Teolodzy uznali ostatecznie, że dusze dzieci, które umarły bez chrztu, idą do raju.
Parafia niedaleko Tarnowa. Dzwonię, by zapytać, czy na parafialnym cmentarzu można by pochować 11-tygodniowe dziecko, które zmarło w wyniku samoistnego poronienia. A jeśli tak, to w jakiej formie.
– W kościele nabożeństwa nie będzie – wyjaśnia mi kategorycznie proboszcz. – Obrzędu żadnego nie ma. Rodzina sama na cmentarz idzie. Za rodzinę, owszem, możemy się pomodlić, za „to zawiniątko”, co przywieziecie – modlić się nie trzeba.
– A gdzie dziecko zostanie pochowane?
– Jasiek, wykopałbyś jakąś dziurę pod drzewem? – ksiądz, jak sądzę, zwraca się do grabarza. Jasiek łaskawie się zgadza.
Dzwonię do innych polskich parafii. Odpowiedzi są podobne.
– No, ostatecznie można „to” pochować...
Albo:
– Nieochrzczone? Można pokropić.
(Chodzi o tak zwany pokropek, czyli pokropienie trumny wodą święconą).
Albo:
– Nie, pogrzebu nie będzie. Osobno się chowa. Ale kto „tego” będzie pilnować? A ochrzczone było?
– Nie było. Nie zdążyliśmy.
– No to będzie jeszcze krócej.
Na kilkunastu wiejskich księży, z którymi rozmawiałam, tylko jeden znał obowiązujące obecnie w Kościele katolickim przepisy. – Pogrzeb to pogrzeb. Wszystko zrobimy, jak należy – zapewnia ksiądz Piotr Karwat z Brzeźnicy Dębickiej. – Pożegnamy z godnością i uroczyście małego człowieka.

Jestem żywym grobem. Miałam dać życie. Dałam śmierć. Jak można urodzić śmierć? To ostatnie moje chwile z maleństwem. Z maleńką, wymarzoną dziewczynką.

Ojciec Jacek Prusak, krakowski jezuita i psycholog, nie kryje zdziwienia, gdy opowiadam mu, w jaki sposób niektórzy polscy księża traktują parafianki, które poroniły.
– Dziecko jest dzieckiem. Należy mu się normalny pogrzeb niezależnie od okoliczności śmierci – uważa. I zapewnia, że w świetle dokumentu „Nadzieja zbawienia dla dzieci umierających bez chrztu”, który właśnie zaaprobował papież Benedykt XVI, istnieją „poważne podstawy teologiczne i liturgiczne do nadziei, że dzieci zmarłe bez chrztu doznają zbawienia i zażywają błogosławionego szczęścia”.
– Ksiądz jednak musi także pomyśleć o rodzicach. Im również, niezależnie od okoliczności, należy się żałoba – dodaje ojciec Prusak. – Ponieważ Kościół odszedł od pojęcia „otchłani” i „zbyt zawężonej i rygorystycznej wizji zbawienia”, nic już teraz nie stoi na przeszkodzie, aby pełnoprawny pogrzeb miały także dzieci nienarodzone. Jeśli jakiś kapłan tego nie wie, to najprawdopodobniej po prostu jest niedouczony.
Elżbieta Chojnacka z Rady do spraw Rodziny przy Polskim Episkopacie po wysłuchaniu moich relacji z rozmów z polskimi proboszczami zapewnia, że „coś” z tym trzeba będzie zrobić. Co dokładnie, jeszcze nie wie. Może należałoby wysłać oficjalny list do proboszczów w tej sprawie?

Nikodemek urodził się po czwartym parciu. Powiedziałam: „Witaj na świecie, Syneczku”, podałam mu mój palec, a on już próbował go chwytać, jakby chciał powiedzieć: – Mamusiu, nie pozwoliłaś im mnie gdzieś tam zabrać. Przytul mnie, chcę być z tobą, mamusiu. Przecięto pępowinę i podano mi go w ramiona. Był taki maleńki, taki piękny. Wprowadzono mojego męża, tuliliśmy małego na zmianę i całowaliśmy, trzymaliśmy go w ramionach, aż przestał się ruszać... Umierając, słyszał nasze głosy, nasz szloch i bicie mojego serca – tak chciałam, żeby był z nami właśnie wtedy.
(fragment listu matki dziecka nieratowanego, bo urodzonego przed 26. tygodniem ciąży)

Monika Nagórko ze Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu przyznaje, że choć przepisy się w Polsce zmieniły, ludzie, w tym także politycy i urzędnicy, niekoniecznie. SRPP od wielu miesięcy prosi Ministerstwo Zdrowia o umieszczenie na stronach serwisu www.mz.gov.pl jasnej i czytelnej informacji dotyczącej pochówku oraz rejestracji dzieci.
Taka informacja jest ważna, by uświadomić prawa bolejących matek zarówno lekarzom, jak i samym rodzicom, którzy często zamiast przeżywać okres żałoby tak, jak sobie tego życzą, muszą walczyć z biurokracją.
Jest ważne, by kobietę, która straciła dziecko, niezależnie od okoliczności uznawano za matkę. Oczywiście, o ile sama tego chce.
By nie musiała już pisać takich listów, jaki napisała do mnie na początku maja Karolina z Łodzi: „Odebrali mi w szpitalu mojego Aniołka, odebrali Jemu i mnie godność, odebrali także moją rozpacz. Wsadzili ją do plastikowego worka i wyrzucili do śmieci. Jak mam żyć bez tej matczynej rozpaczy? Jak żyć?”.

Tekst: Anna Szulc

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!