„Weekendowe bóle głowy” wydają się pojawiać w sytuacjach paradoksalnych – w czasie, kiedy dochodzi do odprężenia organizmu

Mam w głowie piekło - dzień z życia chorego na depresję [WYZNANIE]

Depresja to, według danych WHO, czwarty w kolejności najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie. Jej objawy to m.in.: przygnębienie, bezsenność lub nadmierna senność, brak poczucia własnej wartości, a nierzadko myśli samobójcze. Przedstawiamy historię osoby chorej na depresję.
/ 14.12.2018 12:03
„Weekendowe bóle głowy” wydają się pojawiać w sytuacjach paradoksalnych – w czasie, kiedy dochodzi do odprężenia organizmu

Depresja kliniczna

Cechuje się paraliżem woli, niemocą fizyczną, całkowitym brakiem motywacji do życia. Kiedy nie jest leczona, a doprowadza do destrukcyjnych zmian w życiu chorego, wzbudza silne uczucie agresji w stosunku do siebie, otoczenia i biegu wydarzeń. Ten bunt usuwa objawy depresji klinicznej i chory pozornie wychodzi z choroby.

Pozornie, bo od tego momentu depresja ma przebieg wyciszony i podwójnie groźny. Atakuje raz na kilka miesięcy/tygodni w sytuacjach emocjonalnie utrudnionych.

Na początku objawia się katastroficznym myśleniem, obwinianiem się o całe zło świata i dramatycznym wyolbrzymianiem każdego niesprzyjającego szczegółu. Z biegiem czasu chory sam siebie wpędza w kłopoty, które narastają. A wraz z nimi pojawiają się nawroty.

Dzień z życia chorego na depresję

Zaczynam od uświadomienia sobie, że światła na górze nie ma, bo są chmury, a nie noc. Tylko chmury, które przejdą, są nietrwałe i niegroźne. I to właśnie one – a nie stała ciemność – uniemożliwiają mi dostrzeżenie drabinki, która przecież gdzieś tu jest. Świadomość istnienia drabinki podpieram medytacją balijską, która polega na mechanicznym i bezmyślnym uśmiechaniu się. Nieco to idiotyczne, ale działa. Odpędzam pierwszą chmurę i wstaję.

Potem najważniejsze jest żeby nie poddać się po pierwszej przeszkodzie typu: brzydka pogoda, za mało mleka do kawy, nieuprasowane spodnie czy dwa nowe zaskórniki na nosie. Kiedy już się uda wyjść z domu nadchodzi czas na kluczowy element tej części dnia: wybór playlisty na drogę do redakcji. Jeśli nastawię się zbyt buntowniczo, mogę sprowokować nieracjonalny wybuch euforii, który skończy się upadkiem, a ballady nie wchodzą w grę. To musi być coś energetycznego. Jeszcze nie zdążyłam się dzisiaj do nikogo odezwać, więc „cześć” na dzień dobry to pierwsza okazja, by przekonać się, że jestem dość samotną osobą, bo nawet nie wiedziałam, że mam chrypę. Ale to nic.

Co jak co, ale na pewno praca wyciąga mnie z łóżka, w którym każdego ranka mam ochotę zniknąć. Taka wyciągnięta czuję się trochę obca, jakby nie na swoim miejscu. Kontakt z innymi osobami, skupienie się na konkretnych czynnościach i zadania w pracy powodują, że choć nie jestem na swoim miejscu, to czuję się dużo lepiej.

Czas na fundament gry z chorobą – citalopram 10 mg. Zanim świat stanie się piękniejszy, skutki uboczne. Zaczynam ziewać, potem dygoczą mi kolana i dłonie, mam mdłości. Ten stan mnie przybija i otumania, dlatego skupiam się tylko na tym, że zaraz minie. Każdy lek psychotropowy nowej generacji z grupy selektywnych inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny działa dość przewidująco.

Dlatego po 2 godzinach dostrzegam, że zza okien redakcji rozciąga się przepiękny widok na tonącą w złotym blasku jesieni Warszawę. To spostrzeżenie pozwala mi na normalny powrót, normalny obiad, normalne sprzątnięcie domu. W trakcie tego normalnego trybu dnia znów muszę uważać na dobór ścieżki dźwiękowej. Rzadko udaje mi się uniknąć silnego przypływu radości, który popycha mnie w przepaść iluzorycznych wyobrażeń.

Chodzi o to, że latami w depresji umysł wytwarza mechanizmy obronne, aby nie tkwić w bagnie myśli samobójczych. Jednym z tych mechanizmów jest właśnie pasmo nieprawdziwych, niemożliwych do spełnienia marzeń i umiejętność cieszenia się z nich tak, jakby działy się naprawdę. Bardzo złudne i niebezpieczne drogi do lepszego samopoczucia prowadzą tylko do zwiększenia kontrastu marzeń z rzeczywistością, co z kolei do jeszcze większej niechęci do siebie, życia i realiów.

Kiedy nie udaje mi się zatrzymać lotu w nieprawdziwość i przychodzi moment zderzenia z ziemią, staram się to wszystko racjonalizować. Kilka takich prób, a każdy lot i związane z nim emocje są coraz płytsze, mniej inwazyjne. Racjonalizacja niestety czasami nie jest słyszalna i wtedy emocje reguluję snem. Nie jest to najlepszy pomysł, ale tak strasznie bolą mnie upadki poeuforyczne, że wolę uciec dokądkolwiek. Ta metoda często prowadzi do przesypiania kilkunastu godzin na dobę nawet kilka dni z rzędu.

Wstaję wypoczęta i trochę otępiała. Wieczorem spada motywacja, bo zazwyczaj plany konieczne do realizacji mam już za sobą. Najtrudniej jest skupić się na tym, co jest źródłem czystej przyjemności. Rozkręcam się popularnym serialem w telewizji komercyjnej. Jak wszystko co robię, ma to swój terapeutyczny cel. Z tych krótkich odcinków czerpię nie tylko jakąś dawkę prostej rozrywki, ale przede wszystkim fascynują mnie reakcje bohaterów wobec trudnych sytuacji życiowych i to w jaki sposób sobie z nimi radzą.

O mojej chorobie przypomina każdy mój krok: używam czerwonych ręczników i pomarańczowego żelu pod prysznic w myśl chromoterapii, w kuchni nigdy nie brakuje czekolady i herbatek relaksujących, po domu chodzę tylko w tych ciuchach, które dobrze leżą.

Do poduszki układam plan na następny dzień. Najgorsze jest to, że to czy go zrealizuję znowu zależy od przypadku, czyli mojego nastroju, który raczej żyje własnym życiem niż słucha się moich rozkazów. Citalopram podnosi jakość snu, dlatego zasypiam łatwo. Ratuje mnie, bo przed snem nadchodzi tak zwane przeze mnie zejście, czyli poczucie przygniecenia ciężarem objawów choroby, wiecznym stanem nieuzasadnionej beznadziejności. Sama nie wiem skąd przychodzi mi do głowy myśl, że chciałabym chrzanić to wszystko i zrobić coś, żeby już nie widzieć i nie czuć. Zduszam snem, oby się nic nie śniło.

Stan oswojony

Z moją depresją było jak z noszeniem okularów. Kiedy już dojrzałam do tego, by zainwestować w szkła i oprawki, porzucić kompleksy i wygodę na rzecz zdrowia, to na każdym kroku rozpraszały mnie pierwszy raz zauważone detale. I kiedy dojrzałam do podjęcia terapii depresji, przestałam się jej wstydzić i zapragnęłam wyjść ze swojej studni, zaczęłam się bać realnego świata zewnętrznego i na poważnie zastanawiać czy chcę być jego częścią. Wydał mi się taki pozbawiony wrażliwości, uroku i świeżości. A do tego mojego, obojętnie co by się w nie działo, zdążyłam się przyzwyczaić.

Ewa z Warszawy.

Zobacz też:
Co to jest depresja maskowana?
Na czym polega leczenie depresji?

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!