Kiedy pięć lat temu Barbara i Krzysztof brali ślub, nie przypuszczali, że tak bardzo będą musieli brać się z życiem za bary. On, mechanik samochodowy, miał stałą pracę. Ona zaocznie studiowała marketing i zarządzanie. Zamieszkali na parterze domu jej mamy. Odnowili swój pokój z kuchnią, położyli tapety, kafelki, podłogi. Nie minął miesiąc, gdy latem 2001 roku wezbrane wody Wisły zalały Zalesie Gorzyckie i ich parter. Nim ponownie pomyśleli o remoncie, na świat przyszedł ich syn, Dawid. – Nie mieliśmy pieniędzy i miejsca na rodzinę, ale byliśmy szczęśliwi – mówi 27-letnia Basia Mysza.
Najpierw wyjechała Barbara
Myśleli o drugim dziecku i własnym domu. Ale z jednej pensji nie było ich stać na spełnienie marzeń, dlatego podjęli decyzję o wyjeździe do pracy za granicę. Najpierw pojechała Barbara. Na Sycylii opiekowała się starszą osobą. Potem w Belgii zbierała szparagi. Praca była ciężka, fizyczna, ale dobrze płatna i zwierzchnik dbał o podwładnych. Jednak Krzysztof martwił się o nią, zdecydował więc, że teraz on weźmie urlop i wyjedzie na kilka miesięcy. W jednej z podkarpackich gazet Basia znalazła ogłoszenie centrum ofert pracy „Alma”, które oferowało dobrze płatne zajęcie przy zbiorze żonkili w Anglii. Pojechała do biura. – Właścicielka powiedziała, że to praca na akord, ale się opłaca. Miesięcznie można odłożyć nawet 6 tys. zł – opowiada Barbara. Zaskoczyła ją tylko cena, bo wyjazd miał kosztować 1780 zł. Ale właścicielka wytłumaczyła, że to koszty przewozu autokarem, tłumaczenia dokumentów i załatwienia pozwolenia na pracę.
Krzysztof wziął urlop. Za radą właścicielki biura „Alma” przeszedł badanie lekarskie, kupił ubrania ochronne, buty polowe, jedzenie, środki czystości do domku, w którym miał mieszkać, 50 funtów na opłatę za pierwszy tydzień korzystania z niego i drugie tyle na wszelki wypadek. Łącznie wyjazd kosztował ich 3500 zł. – Zadzwoniłam do tej pani. Chciałam się upewnić, czy mąż będzie miał tam pracę, bo dla nas to był ogromny wydatek – mówi Barbara. – Zapewniła mnie, że bez problemu zbierze codziennie wymagane 16 skrzynek żonkili i zarobi na nas i na siebie, więc pojechał.
WIDEO…
Jedno wielkie oszustwo
– Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem! – denerwuje się Krzysztof. Wraz z nim na spotkanie z „Przyjaciółką” umówiło się sześć osób, które skorzystały z oferty „Almy”. Wszyscy są bezrobotni. Praca w Anglii była dla nich jedynym sposobem na wyrwanie się z marazmu.
Przyjechali do małej miejscowości Penzance na południu Anglii. – To było odludzie, do najbliższego sklepu siedem kilometrów, wokoło żadnych sąsiadów, tylko tzw. karawany – domki turystyczne podobne do tych, które u nas stawia się na działkach, a w których mieliśmy zamieszkać – mówi Kin-
ga Zygmont, jedna z poszkodowanych. – Otworzyłam drzwi naszego karawanu i uderzył mnie smród stęchlizny – dodaje Marta Lis. – Nie mogliśmy powiesić ubrań w szafie, bo zaraz były wilgotne, i za to mieliśmy płacić 50 funtów tygodniowo! A osobno za prąd i gaz, no i zadatek w wysokości też 50 funtów! W ogóle nie byliśmy na to przygotowani – mówi Krzysztof.
Na miejscu dowiedzieli się, że Anglik, u którego zamieszkali, nie jest farmerem, jak mówiono im w „Almie”, tylko pośrednikiem, i wysyła Polaków do pracy, gdy któryś z okolicznych rolników zgłosi mu takie zapotrzebowanie. – A oni nie mieli dla nas pracy. W domkach mieszkali Polacy, którzy przyjechali trzy tygodnie wcześniej i od tamtej pory czekali na zbiór żonkili lub kapusty. Byli bez grosza, a przez cały czas musieli płacić za wynajem. Nie mieli na opłatę za prąd, nie mogli się umyć, ugotować sobie czegoś ciepłego. Żonkile zaczęły kwitnąć dopiero kiedy myśmy przyjechali – mówi Kinga. Jej mąż, Józef, jako jedyny z tej grupy poszedł do pracy. – Jestem ze wsi, w Niemczech pracowałem w polu, umiem pracować na akord, ale tam w ciągu czterech godzin zapełniłem żonkilami tylko jedną skrzynkę, bo nie było więcej kwiatów! To był obóz! Anglik chodził otoczony ochroniarzami, którzy nas straszyli, że tak łatwo stąd nie wyjedziemy. – mówi Józef. Tego samego dnia niemal cała grupa zdecydowała, że wraca do kraju.
Krzysztof wrócił bez grosza przy duszy
– Długo trwało, nim właściciel kempingu oddał nasze paszporty i zadatki. Musieliśmy dzwonić na policję i do ambasady, żeby się nas przestraszył i zaczął traktować poważnie – twierdzą zgodnie.
Do kraju wrócili za ostatnie pieniądze. Krzysztof jeszcze na tydzień zaczepił się u znajomych w Londynie i tam szukał jakiegoś zajęcia, by odrobić stracone pieniądze, ale nie znał języka i musiał wrócić. Za ostatnie funty kupił bilet do kraju i zabawkę dla synka.
– „Nigdy cię nie puszczę samej za granicę” – to były pierwsze słowa, jakie usłyszałam od niego po przyjeździe. „Nie pozwolę, żebyś tak cierpiała!” – wspomina Barbara. Krzysztof dodaje: – Byłem wściekły, że przez tę kobietę straciłem nasze oszczędności. A co by było, gdyby pojechała moja żona?
Jak by sobie tam poradziła?
Kiedy on był jeszcze za granicą, ona już działała. Zadzwoniła do polskiej ambasady w Londynie, nagłośniła sprawę w lokalnych gazetach i złożyła doniesienie do prokuratury o wyłudzeniu pieniędzy przez właścicielkę „Almy”. – Byłam też u tej pani, ale wszystkiego się wyparła. Zrzuciła winę na męża i innych. Twierdziła, że nie chciało im się pracować – stwierdza Barbara. Helena S., właścicielka centrum i biura usług turystycznych „Alma”, nie ma sobie nic do zarzucenia: – Miałam pecha, że poznałam tych ludzi, przez nich straciłam 23 tys. zł, bo bez pozwolenia opuścili miejsce pracy. A ja jak matka stanęłam na wysokości zadania. Mieszkałam w tych domkach. Są ładne, duże, dwu- i czteroletnie. A wilgoć jest, bo to 800 metrów od morza. Zrywałam żonkile, w trzy minuty miałam 40 sztuk, więc z łatwością zebrałabym i 16 skrzynek. A ten Anglik nie jest pośrednikiem, tylko farmerem. Bardzo się cieszę, że prokuratura zajęła się tą sprawą.
Prokurator działa
Prokuratura na razie przesłuchuje świadków. – Nie wiemy, kiedy to się zakończy, bo w sprawę zamieszani są również obywatele brytyjscy. Do nas na razie zgłosiło się ponad 20 osób – wyjaśnia Krzysztof Głuszak z Prokuratury Rejonowej w Tarnobrzegu.
Barbara Mysza obiecuje, że nie zostawi tej sprawy. – Nie wolno bezkarnie żerować na ludziach. Możemy pracować za granicą i chcemy tę szansę z godnością wykorzystać.
Dzwoń po pomoc
Szukasz pomocy za granicą? Dzwoń na policję (tel. 112 w Unii Europejskiej) i do polskich ambasad.
Ambasada RP w Brukseli (Belgia), tel. 0 0322 739 01 01,
Ambasada RP w Madrycie (Hiszpania), tel. 0 034 913 73 66 05,
Ambasada RP w Londynie (Wielka Brytania), tel. 0 044 870 774 27 00.
Zawsze sprawdź pośrednika
Jeśli szukasz pracy za granicą i chcesz skorzystać z agencji pośrednictwa pracy, sprawdź:
– czy pośrednik ma certyfikat (wykaz agencji jest na stronie www.kraz.praca.gov.pl),
– czy zawarł umowę z pracodawcą zagranicznym i czy wysyłał już do niego pracowników. Poproś o numer telefonu do pracodawcy lub osób, które skorzystały z jego usług,
– czy zgłosił działalność gospodarczą do ewidencji działalności gospodarczej lub do Krajowego Rejestru Sądowego. Od jak dawna ją prowadzi i czy ma własne biuro,
– sprawdź adres i numer telefonu pośrednika,
– przed wyjazdem domagaj się podpisania umowy, w której będą podane warunki pracy, płacy i należne świadczenia,
– nigdy nie płać przed wyjazdem za mieszkanie za granicą oferowane przez pośrednika.
Pamiętaj! Polski pośrednik nie ma prawa pobierać opłat za załatwienie pracy!
Anna Grzelczak



























