Poczułam skurcz. Próbowałam się podnieść, sprawdzić, co się dzieje, a powinnam leżeć i spokojnie czekać na pogotowie. Ale nikt tego nie uczy młodych ludzi – mówi Agata Ludwiczak z Łodzi. Miała 18 lat, kiedy po raz ostatni skoczyła do wody…

Agatę Ludwiczak w liceum znali wszyscy. Żywiołowa, zawsze tryskała pomysłami. Mówiła: jadę w góry – i następnego dnia miała wybrane miejsce, trasę podróży i grupę ochotników. Grała w kosza, pływała od pierwszej klasy podstawówki, trenowała skoki do wody. Była pewna swoich umiejętności. Wybierała najwyżej położone miejsca. Ale nie szarżowała, nie skakała na nieznanych sobie kąpieliskach. Tamtą plażę nad Adriatykiem w pobliżu Wenecji znała jak własną kieszeń. Nieraz wypoczywała na niej z mamą i ich włoskimi znajomymi. Również tego lata, po skończeniu trzeciej klasy liceum. Skakała z ramion kolegi. Raz, drugi, dziesiąty. Przy jedenastym poczuła się słabo. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, zsunęła się z ramion chłopaka do wody i uderzyła szyją o dno. – Poczułam skurcz. Przestałam czuć ręce i nogi – mówi obecnie 26-letnia Agata. Znajomi od razu wyciągnęli ją na brzeg. Była przytomna, odpowiadała na pytania, próbowała podnieść głowę, zobaczyć, co się stało. Słyszała, jak ktoś wzywa pogotowie. Pomyślała – przyjadą, dadzą mi zastrzyk i będzie dobrze. Był 27 sierpnia 1997 r. Pięć dni później Agata miała rozpocząć naukę w klasie maturalnej.
Brutta rotta
Zabrano ją do najlepszej kliniki neurochirurgicznej we Włoszech. Przeszła trzygodzinną operację. Po tygodniu kolejną. – Byłam przerażona. Lekarze powtarzali tylko „brutta rotta” – brzydkie złamanie, a ja ciągle pytałam, czy córka będzie chodzić – wspomina pani Anita, mama Agaty. Na to pytanie nie umiał odpowiedzieć żaden specjalista. W części szyjnej kręgosłupa Agata miała złamany jeden kręg, drugi – zmiażdżony, i poważnie uszkodzony rdzeń kręgowy, co spowodowało paraliż wszystkich kończyn. – Być może dlatego, że odruchowo podniosłam głowę? Nikt nigdy nie uczył mnie, co robić po wypadku, więc nie wiedziałam, że pod żadnym pozorem nie należy wtedy ruszać głową – mówi Agata. Po trzech tygodniach przewieziono ją z Włoch do Wojskowej Akademii Medycznej w rodzinnej Łodzi. I tu lekarze milczeli na temat stanu jej zdrowia. Po czterech miesiącach leczenia trafiła do ośrodka rehabilitacyjnego. Wcześniej nie zwracała uwagi na niepełnosprawnych. Czasem mijała ich na ulicy, ale poznała dopiero w ośrodku. W większości ludzi młodych – na wózkach, wyciągach, o kulach, z protezami. Uzmysłowiła sobie, jak wielu ich jest. Patrząc na nich i rozmawiając z nimi, zrozumiała, że już nigdy nie będzie chodzić. – Nie, nie załamałam się – mówi Agata. – Wiedziałam jedno: jesteśmy z mamą same, nie mogę jej obciążać swoim problemem. Dlatego zrobię wszystko, by być jak najbardziej samodzielna. Pani Anita uśmiecha się: – Agata zawsze taka była. Nie dzieliła włosa na czworo. Nie zastanawiała się, co by było gdyby, tylko działała.

WIDEO

player placeholder

Dobrze mieć takich przyjaciół
Rok po wypadku Agata wróciła do domu. A w nim czekali już na nią znajomi ze szkoły, klasy i podwórka. – Dla mnie to był szok – opowiada Andrzej Rychlewski, jej kolega z podwórka. – Agata była taka ruchliwa, a tu leży. Sądziłem, że się załamie, ale ona normalnie rozmawiała, śmiała się. – Codziennie były u niej tłumy ludzi – mówi Agnieszka Dominowska, znajoma ze szkoły. – Po dziesięć, piętnaście osób. Prawie tak jak dzisiaj – wskazuje na kręcącą się po mieszkaniu młodzież. Na pierwszy rzut oka trudno rozpoznać, kto jest tutaj gościem, a kto domownikiem. Bo wszyscy czują się jak u siebie. Ktoś pyta, czego się napijemy, ktoś inny podsuwa słodycze, jakaś dziewczyna karmi psy, a chłopak szuka dodatkowych krzeseł. Agata siedzi otoczona wianuszkiem znajomych. Żartuje, że wczoraj spadła z łóżka podczas zabawy z ukochanym psiakiem Borysem. – Nie mogłam wyhamować – śmieje się, a za chwilę stwierdza: – Chłopaki, przenieście mnie na łóżko. Mój kręgosłup musi odpocząć od wózka! Na te słowa czterech mężczyzn z wprawą chwyta ją pod pachy i kolana i układa wygodnie na materacu. Jedna z dziewczyn przystawia Agacie do ust słomkę z kubka z herbatą. – Naprawdę mam szczęście do ludzi – mówi Agata. – No, co ty… – przerywa jej rozbawiony chórek. Znajomi od początku pomagali jej w rehabilitacji. Przychodzili po zajęciach i ćwiczyli palce, nogi, dłonie. Przesadzali na wózek, pomagali się ubrać i prowadzali na spacer.
Bez taryfy ulgowej
Agata dotrzymała słowa. Robiła wszystko, by być samodzielna. Wróciła do szkoły. A właściwie szkoła przyszła do niej, bo nauczyciele prowadzili z nią lekcje w domu. Również w domu, przed komisją egzaminacyjną Agata zdała maturę. Część pisemną dyktowała nauczycielowi w obecności komisji. Ustną zdawała, siedząc na wózku. Nie chciała mieć żadnej taryfy ulgowej. Następny rok poświęciła na rehabilitację. Ćwiczyła po kilka godzin dziennie, w domu z rehabilitantem i w specjalnym ośrodku w Łodzi. Zaczęła ruszać rękoma na tyle, że mogła sama jeść i umyć zęby. – Ale nadal muszę liczyć na pomoc innych. Czasem strasznie mnie to wkurza – śmieje się Agata. Sama pisze też na komputerze. Pierwszy, używany, załatwił jej znajomy. Drugi wychodziła mama w Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). Tą samą drogą załatwiła córce stypendium, kiedy Agata w 2000 roku dostała się na studia. – Wybrałam dziennikarstwo, bo zawsze mnie to interesowało, w dodatku uczelnia była przystosowana dla osób na wózkach – tłumaczy Agata. – Ona jest kopalnią pomysłów – mówi Marlena Radomska, znajoma Agaty ze studiów. – Agata wmyśla, o czym będziemy pisać lub robić audycje, a my tylko je realizujemy.
Agata nigdy nie wykorzystywała w szkole swojej sytuacji. Prosiła najwyżej znajomych z roku, aby podwieźli ją na jakiś materiał, potrzymali sprzęt, na którym nagrywała rozmowę dla radia. Na trzecim roku pisała pracę dyplomową o łodzianach w Radiu Wolna Europa. Wtedy większość z nich mieszkała w różnych miastach Polski. Ale to nie był powód, żeby się poddawać. – Trzeba było, to jechałam do Warszawy lub Krakowa – stwierdza Agata.

Żyję, tylko inaczej
Teraz jest na studiach magisterskich. Pomaga przy prowadzeniu portalu internetowego. Utrzymuje się z renty i stypendium z PFRON. Nadal mieszka z mamą. Od dwóch lat w specjalnie przystosowanym dla niej mieszkaniu, z windą prowadzącą do balkonu. Utrzymanie takiego mieszkania kosztuje sporo, ale nie żałują, bo nareszcie mają więcej swobody. Dwa razy w tygodniu do Agaty przychodzi rehabilitant. Raz w tygodniu sama jeździ do sali ćwiczeń, gdzie spotyka się z innymi osobami na wózkach. Grają w rugby, ćwiczą jazdę po ulicach. Na spotkania Agata jeździ busem dla niepełnosprawnych, który miesięcznie kosztuje ją 300 zł. To więcej niż za autobus, ale mniej niż za taksówkę. – Nie mam wyjścia. Bo nie chcę siedzieć w domu i patrzeć w sufit – wyjaśnia Agata. – Robię to, co dawniej. Tylko wolniej lub rzadziej.
Chodzi do kina, na basen, co roku jeździ na wakacje. Zawsze z rehabilitantem, a mamie daje wtedy wolne od siebie. Była na obozie żeglarskim dla osób na wózkach. Odwiedziła też plażę, na której miała wypadek.
– Spotkałam tamtego kolegę. Początkowo bał się mnie, ale powiedziałam mu, że nie mam żadnych pretensji. Przecież żyję, tylko inaczej.

Anna Grzelczak

Zobacz także: