Zabieg cesarzowej

— Nazwa wzięła się od tego, że to zabieg luksusowy, wieloetapowy, wykorzystujący różne techniki  — mówi Adrianna Gałązka, właścicielka warszawskiego salonu Japoński Lifting 3D, gdy pytam, skąd wzięła się taka nazwa. To określenie brzmi jak coś, co powinno mieć swoją legendę, bo tu nie ma nic z rutyny.

WIDEO

player placeholder

To nie jest zabieg, który robi się co tydzień przy okazji zwykłego przypomnienia sobie o skórze. — Bardziej traktowałabym go jako spotkanie bankietowe niż cykliczne, choć oczywiście można je powtarzać — tłumaczy A. Gałązka. Na "zabieg cesarzowej" składa się masaż pleców, masaż twarzy i masaż głowy — trzy elementy, które razem tworzą kompleksowe zadbanie o siebie. 

Klucz nie tkwi w mięśniu. Tkwi w jego przyczepie

Większość osób, które interesują się masażem twarzy, uczy się śledzić przebieg mięśni — od punktu A do punktu B, wzdłuż policzka, wzdłuż żuchwy. A. Gałązka pracuje inaczej. — Wszyscy skupiają się na przebiegu mięśni, a mało kto grzebie w przyczepach. A to jest tak naprawdę klucz — mówi. — Jak rozluźnię przyczepy, nie muszę głaskać całego mięśnia, żeby go rozluźnić i wydobyć efekt.

Zobacz także:

Przyczepy, czyli miejsca, w których mięsień kończy się i wrasta w kość albo powięź, skupiają się w okolicach uszu — tam, gdzie schodzą się główne mięśnie twarzy i skroni, i gdzie przebiega nerw trójdzielny, odpowiadający za czucie w całej połowie twarzy. To tam, a nie na środku policzka, rozgrywa się najważniejsza część pracy.

Jeden z takich punktów znajduje się dokładnie na linii włosów, w najwyższym miejscu ucha — A. Gałązka poleca rozmasować go, ucisnąć i naciągnąć sześć razy z rzędu. Drugi to mięsień skroniowy, znacznie większy, niż wielu osobom się wydaje: sięga daleko w owłosioną skórę głowy. — Zobacz, jak chcę ci podnieść twarz, nie łapię tutaj punktowo — pokazuje, przesuwając dłoń znad ucha w stronę czubka głowy. Efekt jest natychmiastowy i wyraźnie silniejszy niż przy delikatnym pociąganiu skóry przy samym oku.

Drugim kluczowym mięśniem jest czepiec ścięgnisty — cienka warstwa, która spina całą czaszkę jak hełm. Jeśli jest spięty, konsekwencje widać na całej twarzy. — Wtedy nie ma mowy o gładkim czole, uniesionych brwiach, otwartym oku. Ten mięsień będzie ci ściągał wszystko w dół: czoło, brwi, powiekę, nawet nos — mówi Gałązka. Rozluźnienie okolic wyrostka sutkowatego za uchem odpowiada z kolei bezpośrednio za dolny owal twarzy — to stamtąd bierze się ostrość linii żuchwy albo jej brak.

Jest jeszcze jeden punkt, o którym Gałązka mówi z rozbawieniem, bo trudno go opisać inaczej niż odczuciem. Japończycy nazywają go "bramą wiatrów". — Kiedy go rozluźnisz, czuć, jakby ktoś dmuchnął mi świeżym, zimnym powietrzem prosto do głowy — opisuje. Za tym uczuciem stoi coś bardzo konkretnego: poprawa krążenia krwi i limfy w całej czaszce, twarzy i głowie, a punkt ten pojawia się też na mapach shiatsu jako miejsce odpowiedzialne za bóle skroniowe.

Twarz unosi się na plecach

Zanim jednak dojdzie do głowy, jest jeszcze cała reszta ciała — i to od niej, a nie od twarzy, Adrianna zaczyna każdy zabieg. Aż 90 procent czasu poświęca na plecy, ramiona i dekolt, korygując postawę i pracując wzdłuż tak zwanych taśm anatomicznych — ciągłości powięziowych, które biegną przez całe ciało, od łuków brwiowych aż po podeszwy stóp. Lifting twarzy, jak sama mówi, jest tu właściwie efektem ubocznym.

Ma to swoje logiczne uzasadnienie, choć brzmi nie tak oczywiście. Przy łopatkach znajdują się punkty odpowiedzialne za zmęczenie mięśnia okrężnego oka — ich rozluźnienie sprawia, że spojrzenie robi się bardziej otwarte i młodsze. Obręcz barkowa w największej mierze odpowiada za dolną część owalu twarzy, a praca na taśmie ramiennej — za boczną linię policzka. Rozluźnienie odcinka piersiowego kręgosłupa pozwala otworzyć klatkę piersiową, a to z kolei zmienia napięcie mięśni szyi — i w prostej linii wpływa na to, jak wygląda żuchwa.

Masaż twarzy
GW

Dla osób pracujących przy komputerze ma to jeszcze jeden, bardzo konkretny wymiar. — Jeśli pracujesz przy komputerze, na pewno znajdziemy napięcia w przedramieniu, które wpływają na boczny owal twarzy i na to, jak otwiera się oko — zauważa A. Gałązka. Ciało pamięta emocje równie dobrze, co pozycję przy biurku: strach, zimno czy gorsza kondycja psychiczna sprawiają, że ramiona opadają, a klatka piersiowa się zamyka — i to wszystko odbija się na twarzy, zanim jeszcze ktokolwiek pomyśli o zmarszczkach.

Głowa tymczasem, mimo że pracuje się na niej na końcu, wcale nie jest dodatkiem. — Głowa jest zawsze najbardziej pomijanym elementem, a kryje się w niej mnóstwo spięć, które blokują efekt liftingu — mówi Gałązka. To właśnie tu, w skórze owłosionej, chowa się napięcie, którego nikt nie szuka, bo nikt się tam nie masuje.

Róg bawoli, czyli narzędzie tortur, które po tygodniu zmienia się w narzędzie rozkoszu

Masaż głowy, którym A. Gałązka wieńczy cały zabieg, czasem wykonuje samymi rękami, a czasem sięga po narzędzia — bambusowe drewno, kamienne płytki gua sha, i wreszcie to, które lubi najbardziej: gua sha z rogu bawołu, prezent od japońskiej nauczycielki.

Masaż głowy rogiem bawolim
GW

Ma nietypowy kształt i przyczepność do skóry, jakiej nie dają inne materiały. — To moje ulubione narzędzie. Na początku może się wydawać narzędziem tortur, ale jak używasz go codziennie, choćby dwie minuty, po tygodniu staje się narzędziem rozkoszy — mówi z uśmiechem.. Efekt nie ogranicza się do wyglądu: regularne przeczesywanie głowy rogiem bawołu pomaga też przy bólach głowy, bo rozluźnia dokładnie te same punkty napięcia, które odpowiadają za lifting. Rogu A. Gałązka używa też wtedy, kiedy trafia na klientkę o wyjątkowo napiętej, "zerowej" głębokości tkanki — wtedy nie ma innej drogi, choć wymaga to więcej czasu. W pozostałych przypadkach najpierw "przeczesuje" skórę delikatniej, żeby dopiero potem sięgnąć po mocniejsze narzędzie.

Za tą wiedzą stoi bezpośrednia relacja z japońską doktor Hidemi Morimasą, twórczynią techniki, uznawaną za autorytet w holistycznym podejściu do urody. Gałązka jest jedyną osobą z Polski, którą Morimasa szkoli osobiście — jeździ na kongresy dla terapeutów manualnych, bierze udział w warsztatach prowadzonych po japońsku (bez tłumaczenia — jak sama żartuje, automatyczny tłumacz z nagrań potrafi zamienić je w kompletne nieporozumienie) i regularnie aktualizuje swoją wiedzę o nowości z tokijskiej szkoły Morimasy, która kilka razy w roku odwiedza Polskę.

Warstwy z wulkanicznej wyspy

Zanim dojdzie do masażu, jest jeszcze rytuał pielęgnacyjny — i tu A. Gałązka też nie idzie na skróty. Kosmetyki, których używa, kupiła osobiście na targach kosmetycznych w Seulu. — Te kosmetyki w ogóle nie powstawały z myślą o rynku europejskim — mówi. — Wszystkie kluczowe składniki pochodzą z wulkanicznej wyspy Czedżu, wpisanej na listę UNESCO. Rośliny muszą tam przetrwać skrajnie zmienny klimat: od upałów, przez porę wilgotną, po śnieg.

Pierwszy krok to pianka myjąca o składzie łagodniejszym, jak twierdzi, niż w wielu produktach do higieny intymnej czy w kosmetykach dla dzieci — w przeciwieństwie do popularnych w Polsce formuł opartych na siarczanach. Zawiera polihydroksykwasy, które działają najlepiej, jeśli zostawi się piankę na skórze przez 20-30 sekund — dają subtelny efekt złuszczania, bez podrażnienia, nawet przy skórze wrażliwej. Myje się nią twarz dwa razy dziennie, bez względu na modę na pomijanie porannego mycia. — Dla Azjatek dokładne oczyszczanie to w ogóle punkt wyjścia do jakiejkolwiek pielęgnacji — dodaje.

Zabieg zaczyna się od oczyszczenia twarzy
GW

Po piance przychodzi kolej na warstwy — tonik, nawadniający i przygotowujący skórę do przyjęcia kolejnych składników, potem esencja z żeńszenia. Następnie gęstsze serum ze złotej linii, wzbogacone o roślinne aktywne składniki i wodę z kwiatu kamelii — flagowego kwiatu azjatyckiej kosmetyki — a na koniec emulsja, którą w wersji dziennej można zamknąć rytuał, a wieczorem uzupełnić bogatszym kremem, stosowanym jednak w znacznie mniejszej ilości niż typowe kremy europejskie.

Skąd ta oszczędność? Z koncentracji składników. — Jeden preparat, stosowany dwa razy dziennie po trzy pompki, starcza na cztery miesiące. To naprawdę bardzo dużo — mówi Gałązka. W parze z pianką idzie specjalny kubeczek do spieniania, który zmniejsza zużycie produktu nawet o połowę — część klientek używa go też do mycia ciała czy włosów.

Efekty zabiegu
GW

Efekt, który trzeba sobie powtórzyć

Nic w tym rytuale nie dzieje się raz i na zawsze — i to być może jego najbardziej uczciwy element. A. Gałązka nie obiecuje cudu po jednej wizycie, tylko efekt, który trwa, jeśli się go podtrzymuje: regularnym myciem, warstwami kosmetyków, kilkoma minutami z rogiem bawołu i pamięcią o tym, że twarz zaczyna się dużo niżej, niż większości z nas się wydaje — na plecach, w barkach, w miejscu, gdzie kończy się mięsień i zaczyna kość.


Czytaj też:
Lekarka o tzw. kortyzolowej twarzy i trendzie neuro-glow: „Skóra nie jest próżna. Wybiera przetrwanie zamiast piękna"

Julia von Stein żałuje liftingu i mierzy się z hejtem. Ale takich młodych osób jest więcej