Kupujemy coraz więcej, bo chcemy zagłuszyć nasze lęki. „To sprawia, że czuję się bezpieczna”
Zakupy dla wielu z nas stały się sposobem na przetrwanie w niepokojącym świecie. Są odskocznią, która zastępuje nam czułość i bezpieczeństwo. Ale kiedy tak naprawdę kończy się przyjemność, a zaczyna zakupoholizm? O tym opowiedziała nam psycholożka, dr Magdalena Kolasińska Stronka.

– Nie kupujemy telefonu czy drogiej sukienki wyłącznie po to, żeby z nich korzystać. Kupujemy je, bo stają się one nośnikiem ważnych dla nas komunikatów i emocji. Nowy iPhone przestaje być tylko narzędziem do dzwonienia – staje się sygnałem: „stać mnie”, „jestem modna”, „jestem na bieżąco”. Poprzez przedmioty próbujemy zagłuszyć nasze wewnętrzne lęki i przekonania, takie jak „jestem niewystarczająca” czy „nie zasługuję na miłość” – mówi dr Magdalena Kolańska Stronka, psychoterapeutka i psycholożka z Uniwersytetu SWPS.
"Kupuję, bo to sprawia, że czuję się bezpieczna"
Katarzyna Troszczyńska: Spytam wprost. Kiedy zaczyna się zakupoholizm?
Magdalena Kolańska: Większość z nas traktuje zakupy użytkowo: kupujemy, bo potrzebujemy jakichś produktów albo usług. W zakupoholizmie kupujemy po to, żeby poprawić sobie nastrój albo poradzić sobie z trudnymi emocjami.
Zakupoholizm to uzależnienie behawioralne i polega na kompulsywnym, niekontrolowanym robieniu zakupów. Często towarzyszy temu silny, wewnętrzny przymus oraz tzw. głód kupowania, czyli dążenie do natychmiastowej przyjemności i ulgi. Z czasem pojawia się zjawisko tolerancji – musimy kupować coraz więcej i częściej, by osiągnąć ten sam efekt emocjonalny, co wcześniej. Ponosimy też konsekwencje tych decyzji zakupowych, na przykład zadłużamy się albo gromadzimy przedmioty, których w ogóle nie potrzebujemy. Zakupy, które miały być dobre i użyteczne, takie „na co dzień”, zaczynają być źródłem konfliktów i trudności, prowadząc do poczucia wstydu, izolacji społecznej, a nawet rozpadu relacji z bliskimi.
To prawda czy mit, że zakupoholizm dotyczy najczęściej kobiet?
Zakupoholizm może mieć różne oblicza i choć statystyki często wskazują na kobiety, to w dużej mierze wynika to z faktu, że to one częściej szukają specjalistycznej pomocy. Możliwe, że nie zawsze dostrzegamy ten problem u mężczyzn, ponieważ ich uzależnienie przebiega w innej formie i bywa maskowane przez społeczne przyzwolenie na męskie pasje. Mężczyźni częściej gromadzą gadżety, markowe nowinki technologiczne czy najnowszy sprzęt.
W takim momencie warto się zatrzymać i zapytać: po co ja to kupuję? Jeśli nie potrzebuję danej rzeczy, a mimo to ją nabywam, to jaką funkcję to dla mnie spełnia? Zakupy często pełnią funkcję kompensacyjną – mają zagłuszyć nasze trudne przekonania o sobie, takie jak: „jestem słaby”, „nieważny” czy „niekompetentny”. Rzeczy stają się sposobem na budowanie obrazu siebie – tego, jak chcemy być widziani przez innych. Kupując przedmioty luksusowe czy statusowe, możemy próbować potwierdzić swoją wartość lub aspirować do grupy, do której wizerunkowo chcielibyśmy należeć, nawet jeśli realnie nas na to nie stać. Wtedy pojawiają się ryzykowne decyzje finansowe: kupowanie na kredyt czy na raty tylko po to, by za pomocą przedmiotów stworzyć określone wyobrażenie o sobie i na chwilę uciec od poczucia niskiej samooceny.
„Kupuję, bo to sprawia, że czuję się bezpieczna” - powiedziała dzisiaj moja koleżanka. Z kolei czytałam też, że kupowanie może zastępować nam brak bliskości i czułości w życiu. Jak to więc jest?
To bardzo trafne obserwacje, a zakupy pełnią ważną funkcję symboliczną. Nie kupujemy telefonu czy drogiej sukienki wyłącznie po to, żeby z nich korzystać. Kupujemy je, bo stają się one nośnikiem ważnych dla nas komunikatów i emocji. Nowy iPhone przestaje być tylko narzędziem do dzwonienia – staje się sygnałem: „stać mnie”, „jestem modna”, „jestem na bieżąco”. Poprzez przedmioty próbujemy zagłuszyć nasze wewnętrzne lęki i przekonania, takie jak „jestem niewystarczająca” czy „nie zasługuję na miłość”.
W niepewnych czasach, kiedy pojawia się lęk o przyszłość, rzeczy materialne mogą stać się ucieczką przed napięciem. Mechanizm jest prosty, ale zdradliwy: kupuję coś i na chwilę czuję ulgę, bo mózg otrzymuje nagrodę w postaci dawki dopaminy. To tzw. wzmocnienie negatywne – kupowanie nie po to, by poczuć radość, ale by przestać czuć ból, lęk czy samotność. Problem w tym, że ta ulga jest krótkotrwała. Gdy tylko pojawi się kolejny stresujący bodziec, lęk wraca, a wraz z nim tzw. głód czynności.
To błędne koło: wydaję, żeby poczuć się bezpieczniej, a za chwilę czuję się mniej bezpiecznie, bo narastają problemy finansowe, które same w sobie generują ogromny stres. Jeśli kupowanie staje się jedynym sposobem na emocje, pojawia się pytanie: co zrobię, gdy zabraknie mi środków?
Zakupoholizm to trudne uzależnienie, ponieważ – w przeciwieństwie do alkoholu – zakupów nie da się całkowicie wyeliminować z życia. Dlatego celem nie jest abstynencja, ale nauka zdrowej regulacji emocji i kontroli impulsów. Trzeba nauczyć się odróżniać realne potrzeby od impulsów, które mają jedynie „zakleić” nasz lęk, frustrację czy wstyd. Adaptacyjne radzenie sobie to takie, które pozwala nam przeżywać trudne chwile bez niszczenia swojego portfela i relacji z bliskimi.
Też chyba łatwiej ukryć ten nałóg. Moja znajoma opowiedziała mi o swoim uzależnieniu od zakupów. Ja po prostu myślałam, że lubi modę i fajne rzeczy, a ona opowiedziała, jak ogromne miała długi...
Najczęściej o problemie wiedzą tylko najbliżsi, a czasem nawet przed nimi jest on starannie maskowany. Osoba uzależniona chowa nowe rzeczy, niszczy paragony i ukrywa wydatki, by uniknąć konfrontacji. Centralną emocją w tym procesie jest wstyd. Z jednej strony pojawia się wstyd przed oceną otoczenia, z drugiej – znacznie trudniejszy wstyd wewnętrzny, wynikający z poczucia utraty kontroli.
Gdy pojawiają się problemy finansowe i konieczność pożyczania pieniędzy od banków czy rodziny, ten wstyd się pogłębia i staje się paraliżujący. Po każdym zakupie, który miał przynieść ulgę, przychodzi bolesna refleksja: „znowu nie dałam rady”. To napędza błędne koło, ponieważ trudne emocje i poczucie winy wywołują napięcie, które pacjent ponownie próbuje rozładować... idąc na zakupy.
Z czasem pojawia się obsesyjne zaabsorbowanie. To już nie jest tylko czynność kupowania, ale cały proces psychiczny: ciągłe planowanie, wyobrażanie sobie kolejnych nabytków i budowanie wokół tego swojego świata. Zakupoholizm zaczyna zajmować centralne miejsce w życiu, spychając na margines relacje, pasje i obowiązki zawodowe. Osoba uzależniona czuje, że jej zachowanie jest nieracjonalne i szkodliwe, ale wewnętrzny przymus jest silniejszy niż wola walki.
Czy kupowanie może zastąpić relacje?
Skąd bierze się to uzależnienie?
Przyczyn może być wiele, ale fundamentem bardzo często jest niska samoocena. Osoba uzależniona postrzega siebie przez pryzmat deficytów, a dobra materialne stają się najszybszym sposobem na ich „załatanie”. Zakupy wtedy mają kompensować nam „braki”, przykryć nasze trudne przekonania, takie jak: „jestem niewystarczająca” czy „nie zasługuję na miłość”. Często osoby, które nie akceptują swojego wyglądu lub czują się niepewnie w swoim ciele, używają zakupów jako formy autoekspresji, budując nową, „lepszą” wersję siebie za pomocą ubrań czy gadżetów. Źródłem mogą być też trudne doświadczenia, niesprzyjające środowisko, nadmierny stres. Napięcie jest tak duże, że człowiek nie wie, co z nim zrobić, i reguluje je zakupami.
Ale ważna jest też samotność, brak więzi i relacji. To trochę plaga naszych czasów. Mamy kontakty, ale często wirtualne. Wymieniamy się krótkimi wiadomościami, SMS-ami, ale rzadko spotykamy się realnie, spędzamy wspólnie czas. Ten głód relacji może sprawiać, że próbujemy czymś „zatkać” pustkę i choć na chwilę poczuć się lepiej. Więzi społeczne pomagają nam radzić sobie z trudnymi sytuacjami. Kiedyś sieć wsparcia była szersza, wielopokoleniowe rodziny, znający się sąsiedzi, ludzie pomagali sobie na co dzień. Dziś częściej idziemy w stronę indywidualnego radzenia sobie. Masz problem? Idź na terapię i poradzisz sobie sam. Ta naturalna sieć wsparcia bardzo się zawęziła.
Oczywiście różne techniki radzenia sobie są potrzebne, ale jesteśmy istotami społecznymi. Oprócz nich potrzebujemy też zwykłej bliskości, wsparcia, empatii i zrozumienia. Czasem najwięcej daje to, że można do kogoś przyjść, przytulić się, wypłakać albo usłyszeć dobre słowo i to pomaga najbardziej. Oczywiście profesjonalne metody radzenia sobie są niezbędne, ale nic nie zastąpi zwykłej bliskości, empatii i zrozumienia. Kiedy jesteśmy samotni, dużo trudniej dźwigać to, co przynosi życie, a zakupy stają się wtedy najłatwiej dostępnym, choć niszczącym pocieszycielem”.
Czy kupowanie może zastąpić relacje?
Nie. I to jest właściwie sedno sprawy. Można się na chwilę nabrać, może się wydawać, że zakupy coś zastępują, ale działa to tylko krótkotrwale. Przez moment czuję się lepiej, a potem wszystko wraca. Na dłuższą metę to nie działa.
Na tym polega ból uzależnienia: próbujemy w nim zastąpić to, czego nam brakuje, wypełnić jakąś pustkę, choćby na chwilę poczuć ulgę. W dłuższej perspektywie to nie działa, a wręcz pogarsza sytuację. Tworzy się błędne koło: kupujemy, by uciec od samotności, ale z powodu długów i wstydu zaczynamy się jeszcze bardziej izolować od bliskich. Przedmioty nigdy nie dadzą nam tego, co daje drugi człowiek.
Jak radzić sobie z uzależnieniem od zakupów?
Co więc można zrobić samodzielnie, jeśli zaczynamy widzieć u siebie takie objawy?
Oczywiście w zaawansowanym stadium niezbędna jest psychoterapia, ale wiele możemy wypracować samodzielnie. Pierwszym krokiem jest wprowadzenie tzw. „bezpieczników” w codziennym życiu. Bardzo pomocna jest praca z gotówką. Karta sprawia, że nie czujemy bólu płacenia. Jeśli wyjdziemy z domu z konkretną kwotą w portfelu, fizyczna bariera pustego portfela zadziała szybciej niż jakakolwiek blokada w aplikacji. Kolejna złota zasada to lista zakupów i unikanie robienia zapasów – kupujemy tylko to, co jest niezbędne „tu i teraz”.
Jednak to metody doraźne. Aby naprawdę odzyskać kontrolę, musimy dotrzeć do źródła, czyli do naszych emocji. Warto zacząć prowadzić prosty dzienniczek monitorowania. Za każdym razem, gdy poczujemy impuls, by coś kupić, zapytajmy siebie: „Co ja teraz czuję?”. Czy to smutek, wstyd, a może euforia? Chodzi o nauczenie się rozpoznawania emocji i znajdowania innych sposobów ich regulowania: ruchu, pisania, rozmowy, nawet pozwolenia sobie na płacz, żeby napięcie opadło.
Musimy też nauczyć się radzić sobie z napięciem w sposób adaptacyjny – poprzez ruch, rozmowę z bliskimi czy nawet pozwolenie sobie na płacz. To trudne, bo żyjemy w biegu i często nawet nie zauważamy momentu, w którym emocje „popychają” nas do sklepu. Co więcej, dzisiejszy świat nam nie sprzyja. Kiedyś sklepy się zamykały, dziś mamy zakupy wirtualne dostępne 24 godziny na dobę. Internetowy marketing jest zaprojektowany tak, by uderzać w nasze najczulsze struny.
Dlatego jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić sami, jest ograniczenie ekspozycji na te bodźce: wypisanie się z newsletterów, usunięcie danych karty z przeglądarki i unikanie wchodzenia na strony zakupowe, gdy jesteśmy zmęczeni i nasza silna wola jest najsłabsza. Prawdziwa zmiana zaczyna się od uważności – od zrozumienia, że kupujemy nie przedmioty, ale chwilową ulgę, za którą płacimy zbyt wysoką cenę.
A co z kupowaniem i oddawaniem — na przykład ubrań albo rezerwacji podróży?
To bardzo ciekawy mechanizm, który pokazuje, że w uzależnieniu od zakupów nie zawsze chodzi o samo posiadanie. Tu kluczowa jest faza ekscytacji i planowania. Samo przeglądanie ofert i wkładanie produktów do koszyka daje nam silny „strzał” dopaminy. To pobudzenie jest tak uzależniające, że sam przedmiot staje się drugorzędny – dlatego tak łatwo go potem oddajemy.
Warto się wtedy zatrzymać i zapytać: co ja sobie tym „załatwiam”? Bardzo często takie zachowanie to forma regulacji nastroju. Tracimy czas i energię na zwroty, bo to pozwala nam uciec od nudy, lęku czy problemów w relacjach. To klasyczna prokrastynacja, uciekamy w świat przedmiotów, by nie musieć konfrontować się z czymś trudnym, na przykład ze szczerą rozmową z partnerem. Łatwiej jest szukać emocji w Internecie niż w realnej bliskości.
Dziś panicznie boimy się nudy, a przecież nuda bywa konstruktywna – to w niej rodzą się autentyczne potrzeby i pomysły. Współczesna kultura uczy nas, że każda chwila musi być wypełniona aktywnością. Tymczasem to właśnie zatrzymanie pozwala nam usłyszeć własne emocje.
Często też szukamy w zakupach bezpieczeństwa. Myślimy: „kupuję, więc mnie stać, jestem bezpieczna”. Otaczanie się rzeczami daje nam iluzoryczne poczucie kontroli, ale nie usuwa lęku przed chorobą, stratą czy sytuacją polityczną. Ten lęk i tak będzie wracał, bo jest częścią życia. Kluczem nie jest jego eliminacja, ale nauka adaptacyjnego radzenia sobie z nim – bez używania portfela jako tarczy.
Jednym z najważniejszych kroków jest „higiena informacyjna” – ograniczenie mediów, które ten lęk potęgują. Ale przede wszystkim warto postawić na bycie „tu i teraz”. Zamiast zajmować się samym lękiem, zacznijmy pytać: co mogę zrobić, żeby moje życie było pełniejsze i dawało mi realną satysfakcję? Budowanie autentycznych więzi i poczucia własnej sprawczości daje znacznie trwalsze oparcie niż jakikolwiek przedmiot, który możemy zwrócić do sklepu w ciągu 14 dni.
A co z argumentem: „muszę to kupić, bo powinnam dobrze wyglądać”?
Już samo słowo „muszę” jest sygnałem alarmowym – w psychologii nazywamy to zniekształceniem poznawczym. Tak naprawdę nic nie musimy, możemy jedynie decydować. To „muszę” to często tzw. myśl automatyczna, która bierze się z silnego wpływu reklam, presji środowiska lub głęboko zakorzenionych w nas przekonań o własnej wartości.
Warto uświadomić sobie, że każdy zakup jest decyzją, która niesie za sobą konkretne konsekwencje – bilans zysków i strat. Zyskiem może być chwilowe lepsze samopoczucie, zastrzyk dopaminy czy uznanie w oczach innych. I to bywa ważne, bo jesteśmy istotami społecznymi. Jednak kluczowe jest sprawdzenie, czy nie płacimy za to zbyt wysokiej ceny – nie tylko finansowej, ale i emocjonalnej. Problem zaczyna się wtedy, gdy koszty (stres, długi, wstyd) stale przewyższają zyski, a my mimo to nie potrafimy przestać kupować. To klasyczny mechanizm utraty kontroli.
Ubiór rzeczywiście jest komunikatem – tak jak każde nasze zachowanie. Pytanie tylko: czy ten komunikat jest naprawdę mój? Możemy być zadbane i czuć się dobrze bez ślepego podążania za najnowszymi trendami. Jeśli czuję przymus komunikowania światu „jestem na topie”, będę musiała za tym stale i obsesyjnie gonić, bo moda zmienia się szybciej niż nasze realne potrzeby.
Jeśli kupuję, by potwierdzić swoją wartość w oczach innych, to buduję swój obraz na bardzo kruchym fundamencie. Prawdziwe poczucie pewności siebie nie wymaga metki, która co sezon staje się nieaktualna.
Czytaj także:
- "Czujemy się źle, sięgamy po najgorsze rzeczy". Monika Jurczyk o tym, że styl potrafi zmienić życie
- Moda ma wspierać, nie stresować. Poznajcie Asię Przenicką-Malek, powergirl Instagrama i moją inspirację
- "Wmawia nam się, że musimy być zgodne z oczekiwaniami innych". Michalina Grzesiak rozmawia z Szafiarką Dorką

