Reklama

Pielęgnacja hi-tech jest coraz bardziej popularna. Gwiazdy z pierwszych stron gazet, influencerki na Instagramie, a także kobiety z sąsiedztwa coraz częściej pojawiają się w maskach LED, które mają zapewnić im młody wygląd skóry lub pokazują, jak różne zabiegi "wpływają" na ich wygląd. Czy jednak zawsze taka forma pielęgnacji jest skuteczna? I czy wraz ze wzrostem jej popularności możemy już mówić o tym, że pielęgnacja hi-tech to nowy anti-aging? O to i wiele innych aspektów tej rutyny postanowiłam zapytać ekspertkę od anti-agingu - dr Agnes Frankel.

Czy natura i hi-tech idą w parze?

Katarzyna Racławska: Dużo teraz mówi się o naturalności, żebyśmy wszystkie wyglądały tak jak nas Pan Bóg stworzył. Ale czy naturalność i coraz popularniejsza pielęgnacja hi-tech idą w parze?

Dr Agnes Frankel: Natura jest taka, że my wszyscy jesteśmy chodzącymi związkami biochemicznymi. To, że coś jest naturalne, to jest biochemia i my też jesteśmy biochemią. Czyli tu musimy odróżnić to PR-owe pojęcie naturalności od tego, czym jest ona naprawdę.

Na pewno naturalne jest to, co mamy w naszym organizmie, a czego zaczyna nam brakować z wiekiem. Aging, niezależnie od tego, czy mówimy o serduchu, czy o skórze twarzy, to jest choroba. Wówczas naturalna homeostaza zaczyna iść w równię pochyłą i od tego zaczyna się mnóstwo przypadłości.

Zatem np. tak jak z wiekiem od 25. roku życia zmniejsza się ilość kwasu hialuronowego, po menopauzie to nawet 30%, tak wiemy, że każda pielęgnacja, która nam ilość tego kwasu hialuronowego pomoże odbudować lub uzupełnić, z mojej perspektywy jest naturalna. Żeby to miało sens, to krem pielęgnujący, który ma działać naprawdę, a nie być tylko PR-owym grzmotem, musi mieć biotechnologiczne nośniki, które wprowadzą go pod naskórek. Nasz naskórek jest jak mur obronny, który nas chroni przed środowiskiem zewnętrznym. Dlatego krem, serum, pielęgnacja – w moim podejściu naturalna – musi mieć coś, co to spowoduje. Bo jeżeli mamy kwas hialuronowy wysokocząsteczkowy, to on sobie będzie powodował okluzję naskórkową i czy ja mam 25 lat, 30 czy 40 – będzie prowadził do tego samego.

Z reguły kosmetyki naturalne zatrzymują się na naskórku, bo nie mają technologii i nie są przebadane. Jak ktoś mi mówi, że nasze babcie ileś lat temu miały taką skórę i taką, to ok, ale zmieniły się warunki życia. Mamy dziurę ozonową, a promieniowanie ultrafioletowe razem ze smogiem działa 2 do 4 razy bardziej niszcząco na skórę.

Firmom „naturalnym” chodzi o to, żeby wszystko było eko i certyfikowane, ale badania to nie ich bajka. I znowu – nawet jeśli coś jest eko i certyfikowane, to nie znaczy, że przejdzie przez naskórek, a druga sprawa – bardzo dużo mamy skór reaktywnych, wrażliwych, a proszę pamiętać, że po 40. roku życia, jak wchodzimy pomału w perimenopauzę, spadają estrogeny, a przez to nasz naskórek robi się cieńszy i nagle zaczynamy mieć mnóstwo reakcji alergicznych, których mogłyśmy nigdy nie mieć. Wtedy te kosmetyki często alergizują.

Jak komuś się mówi, że komórki macierzyste z jabłka przenikną do skóry, to jest niemożliwe. Każda osoba, która troszeczkę ma do czynienia z biologią, wie, że my jako ludzie nie tworzymy fotosyntezy, więc do receptora nie ma prawa się włączyć nic, co by było kompatybilne. Dopóki nam nie zaczną wyrastać zielone liski, nic nam to nie da.

Czy to nie wynika ze strachu kobiet? Esencja z jabłka jest czymś, co znamy i czego się nie obawiamy. Z kolei techniki new age, hi-tech wydają się czymś obcym i niesprawdzonym, co wzbudza nasze wątpliwości…

Pielęgnacja hi-tech to jest pielęgnacja, która poprzez działanie molekularne takie jak promieniowanie, wiązki światła, różne ich spektrum, potrafi docierać głębiej, pomagać substancjom docierać głębiej i działać przez to bardziej efektywnie. To brzmi świetnie, prawda? Ale żeby wiedzieć, że to ma sens, musimy pewne rzeczy odróżnić.

Są np. maski hi-tech, które ktoś zrobił w Chinach i po prostu sobie świeci światełko – to jest wtedy trochę tak, jakbyśmy sobie lampki choinkowe przyłożyły do twarzy i stwierdziły, że to jest mój wellness day.

Jeśli chodzi o spektrum promieniowania, na początku były bardzo mocno na astronautach robione badania, potem bardzo mocno medycznie - na dermatologii od wielu lat robi się badania dotyczące spektrum działania różnych wiązek led. I stąd wiemy, że to jest skuteczne. Ale żeby zadziałało, musi mieć pewne spektrum, musimy wiedzieć, ze dana wiązka ma pewną długość.

Ważne rzeczy, na które trzeba spojrzeć, decydując się na lampę LED, to czy ma certyfikat autentyczności FDA, albo wystarczy spojrzeć na stronie producenta, czy są badania i jak są zrobione na danym urządzeniu. Bo trochę się traktuje te lampy hi-tech jak nałożenie takiej maseczki i stwierdzenie, że teraz to już wszystko będzie odmłodzone. Nie ma żadnych obostrzeń, więc każdy może sobie pisać, co chce, żeby to dobrze wyglądało, a jak ktoś nie ma pojęcia o danym produkcie, to sobie kupuje światełko bez żadnych właściwości.

Są lampy LED, które nam bardzo pomagają. Ale trzeba pamiętać też, że pielęgnacja hi-tech ma dużo minusów. Przed kupieniem czegoś hi-tech warto zrobić research, ale też zapytać swojego lekarza, który nam podpowie, jak dopasować taką kurację do nas. Żeby nie było tak, że kupujemy za własną kasę sprzęt, który ma nam pomóc, a potem robimy sobie jeszcze gorzej.

A czy taka domowa lampa LED będzie działać tak jak lampy dostępne w gabinetach kosmetycznych i zabiegowych?

Nie ma takiej możliwości. Lampa LED stricte lekarska – taka, jakiej używa się też w dermatologii – ma swoją siłę rażenia i działa o wiele mocniej. Tak jak sprzęt medyczny i kosmetologiczny – kosmetologiczny jest słabszy po to, żeby ktoś, kto nie jest lekarzem, nie zrobił klientowi krzywdy. Wyroby medyczne, które mają nam pomagać w pielęgnacji, muszą być adekwatnie słabsze, żeby dana osoba, która nie ma nic wspólnego ze skórą, nie zrobiła sobie krzywdy.

Więc, jeśli ktoś oczekuje, że lampa do położenia na buzię w domu da takie same efekty jak profesjonalna lampa lekarska, to nie ma takiej możliwości. Ale to nie znaczy, że nie zadziała wcale. Warto podkreślić, że jeśli położymy się na kanapie z maską LED na twarzy i się zrelaksujemy, to od razu skóra też będzie wyglądała lepiej, bo skóra też jest organem, który działa na zakończenia nerwowe.

Powiedzmy w takim razie, że jestem 40-letnią kobietą z mniejszej miejscowości i być może nie mam takiego dostępu do gabinetów, a chciałabym wypróbować lampę LED na swojej skórze. Na co powinnam zwrócić uwagę przy zakupie?

Najczęściej te lampy pochodzą z zagranicznych sklepów i muszą mieć FDA. Po drugie, muszą mieć pewien zakres, który zapewnia odpowiednie działanie takiej lampy (red. zakresy i wszystkie potrzebne informacje znajdziesz w poniższym poście dr Frankel).

To dotyczy także kasków do włosów, które również poprzez światło LED mają pomagać w odroście włosów. Tutaj też trzeba się zastanowić, czy ten fajny bajer naprawdę zadziała. Bo jeśli mamy wydać na to wszystkie oszczędności, to o wiele lepsze efekty przyniosą nam dobrze przebadane wcierki do włosów.

Spotkałam się z informacją, że lampa LED jest w stanie przyspieszyć regenerację skóry np. po terapii kwasami czy retinolem. Co Pani Doktor na to?

No właśnie, jaka lampa… Odbyłam 5-letnią specjalizację z dermatologii – 4 lata w Polsce, rok w Stanach – i ta derma i lampy LED są mi bardzo bliskie. I fakt, one przyspieszają, ale pod warunkiem, że idziemy do lekarza na protokół lamp LED. Natomiast te, które mamy w domu, jeżeli one mają certyfikat (podkreślmy, że te z certyfikatami troszeczkę więcej kosztują), to oczywiście, jeśli są umiejętnie stosowane, przyspieszą. I to nie jest tak, że przyspieszą od razu.

Czyli jeżeli jesteśmy laikami i nie wiemy, jak stosować taką lampę, to nawet jeśli kupimy najlepszy, certyfikowany produkt, możemy zrobić sobie nim krzywdę?

Tak, jesteśmy w stanie zrobić więcej szkody niż pożytku. Jeżeli już mamy tę parę „drobnych” i możemy sobie na to pozwolić, to zagadajmy z kimś mądrym lub dobrze zbriefujmy dany produkt, co robić, czego nie robić. Bo jeżeli źle go zastosujemy, to może dojść do podrażnień, nadkażeń i naruszenia naskórka.

Nie każdy też może stosować protokoły lampy LED codziennie, bo spektrum światła czerwonego może powiększyć melasmę czy przebarwienia.

Czy hi-tech to nowy anti-aging?

Czy biorąc pod uwagę to, jak bardzo hi-tech aktualnie się rozwija i ile powstaje tych narzędzi, możemy powiedzieć, że to całkiem nowe podejście do anti-agingu?

Przede wszystkim jest to nowe podejście do biznesu. A jeżeli chodzi o anti-aging i przez to zdrowie skóry, to moim zdaniem najpierw należałoby fajnie podejść i wytłumaczyć dziewczynom, że cotygodniowe ścieranie naskórka nie jest dobre, bo naskórek stanowi tę barierę i chcemy, żeby był i żeby np. dobrze odparowywał wodę. Jak tego nie ma, skóra jest przesuszona, a aging pędzi.

Jest to na pewno nowe działanie. Jeżeli chodzi o taki prawdziwy anti-aging, to ja jednak upatruję się w zabiegach, które już jakiś czas są na świecie. Dużo mówi się o komórkach macierzystych, które np. poprawiają kondycję i kolor włosów. Ale też fajnie by było, żebyśmy wszyscy byli zdrowi, bo to jest najlepszy anti-aging.

Bo tu w ogóle nie chodzi o zmarszczki, tylko o to, żeby ta skóra była zdrowa. Bo jak ona jest zdrowa, to znaczy, że ma dużo kolagenu, dużo kwasu hialuronowego i te wszystkie rzeczy powinny nam pomagać, a nie przeszkadzać. Jeżeli np. światełko zastosujemy razem z dobrym działaniem suplementów i kosmetyków, to na pewno w takim szerszym, holistycznym spojrzeniu, jest to fajnym uzupełnieniem.

W którym momencie zacząć z tym anti-agingiem? Czy jest jakaś granica, kiedy jest za wcześnie lub może za późno?

Pierwszy etap anti-agingowy to jest patrzenie, żeby ten nasz naskórek był mocny i trwały. Bo warto pamiętać, że najważniejsza pomoc w anti-agingu, to nie przeszkadzać. Więc jeżeli nie wejdziemy w 20. roku życia w takie złuszczanie non stop, to już będzie działanie anti-agingowe.

Drugi krok zależy od konkretnej osoby. Jeżeli kobieta ma 30 lat, pali papierosy od 20 lat, może mieć znacznie gorszy stan skóry niż kobieta, która ma 45 lat, nigdy nie paliła, ma fajne hormony itd. Zawsze musimy patrzeć na tę skórę indywidualnie.

Do 25. roku życia można robić maseczki. Od 25. roku życia bardzo powoli, ale można wejść w kosmetyki z niskocząsteczkowym kwasem hialuronowym, niacynamid, który bardzo pomaga, SPF 50, bo jak wiemy 80% agingu skóry to jest promieniowanie ultrafioletowe plus smog. Ochrona przeciwsłoneczna jest mało sexy, ale super antiagingową rzeczą.

Dla dziewczyn około 30. roku życia fajne do wypróbowania od czasu do czasu, żeby pobudzić skórę, są kosmetyki koreańskie oparte na algach morskich, które mają te wszystkie mikrowłókienka. To jest spoko, kupić sobie taki kosmetyk i raz na tydzień lub dwa zastosować, a następnie nałożyć krem.

25. rok życia to jest taki moment, kiedy ilość kwasu hialuronowego naturalnie spada i wtedy zaczynamy myśleć, że to, co nakładamy na skórę ma znaczenie, ale też np. to, co jemy. Zamiast najpierw myśleć o kremie, lepiej pomyśleć o stylu życia – jedzeniu, spaniu, odstawieniu używek.

I do tego możemy wprowadzić różne urządzenia, ale z głową. Dla mnie z hi-tech już jest trochę tak, jakbyśmy obwiesiły się wszystkimi markami – Gucci, Prada, dołożyły coś jeszcze Dolce. Co za dużo, to nie jest zdrowe dla naszej skóry. Trzeba mieć umiar ze wszystkim.

Powiedzmy, że mam już za sobą przygody z różnymi składnikami aktywnymi i teraz chcę spróbować z tą pielęgnacją hi-tech. Od czego powinnam zacząć?

Foto neuromodulacja, czyli lampy LED o odpowiednich parametrach, i stosowanie ich systematycznie po prześledzeniu i przeanalizowaniu mojej skóry – które panele są dla mnie, które nie, i czy na pewno nie mam takiej skóry, że zaraz wywali mi przebarwienie. Więc, żeby wprowadzić to w rutynę bezpiecznie, muszę wiedzieć, co mogę stosować przed i po, nie robić tego kompulsywnie. Warto potraktować to poważnie – nie na szybko, tylko jako partnera w wydobyciu pięknego blasku.

I ważne, żeby wybrzmiało: jeżeli już chcemy zastosować jakiekolwiek urządzenie i potraktować je poważnie, nie jako zabawkę, to stosujmy np. serum przeznaczone do tego urządzenia, nie kombinujmy z własnymi kosmetykami – lepiej postawić na to, co zaleca producent (red. chodzi o zalecenia producenta co do produktów, które są kompatybilne z danym sprzętem), nie wymyślajmy sami. A po drugie, poznajmy skórę i zapytajmy kogoś, czy możemy to stosować i jak często.

A jeśli chodzi o urządzenie hi-tech fajne i bezpieczne – to jest tzw. parówa. To jest fajne, bo płynie do nas ciepły strumień pary wodnej - jeżeli ktoś nie ma skóry naczynkowej lub trądziku różowatego, to wszystko jest super – skóra jest rozpulchniona, możemy sobie położyć fajną maskę i jest świetnie. I to jest też fajne urządzenie hi-tech.

Można powiedzieć ludowe hi-tech (śmiech)…

(śmiech) Dokładnie! Fajnym urządzeniem są folijki na ekran telefonu czy laptopa blokujące blue light. Mało się o tym mówi, ale proszę pomyśleć, jak ktoś siedzi przy komputerze więcej niż 5 godzin codziennie, to jest ta kumulacja czynników agingowych. Fajnym też urządzeniem, które jest proste i mało sexy, ale wspomaga pielęgnację, jest jedwabna poduszka, na której śpimy. Skóra oddycha, zmarszczki się nie odciskają, pielęgnacja, która ma działać, działa. Więc poniekąd też można to nazwać urządzeniem hi-tech.

W pielęgnacji hi-tech higiena to podstawa

To apropos modnych produktów i odchodząc na moment od lamp LED. Bardzo głośno jakiś czas temu było o szczoteczkach sonicznych do czyszczenia twarzy. Wiele dziewczyn potraktowało to jako urządzenie do codziennego oczyszczenia skóry twarzy… Czy to mogło wpłynąć na ich cerę pozytywnie?

Nie, z punktu widzenia zdrowia skóry nie ma to sensu. To, co to powoduje, to wzrost irytacji i u moich pacjentek prowadziło do różnych alergizacji i nadkażeń bakteryjnych. Nie ma sensu tak naprawdę stosować tego namiętnie. Jeżeli chcemy użyć tego np. na biwaku, to ok, ale tu trzeba pamiętać o odkażaniu środkami antyseptycznymi. Na pewno nie należy stosować tego codziennie, żeby nie niszczyć bariery naskórkowej. Do mycia twarzy nasze ręce są wystarczająco dobre.

To ja bym chciała jeszcze o tej higienie porozmawiać, bo faktycznie jest to trochę przerażające, że wciąż mówi się o tym za mało. Wiemy, że wiele kobiet nie stosuje odpowiedniej higieny przy stosowaniu zwykłych kremów, a co dopiero mówić narzędzi hi-tech… W profesjonalnych gabinetach będą one odpowiednio zdezynfekowane. Ale jak zrobić to w domu? Czy w ogóle się da i jak do tego podejść?

Jak już chcemy działać np. z lampą LED, to musimy ją za każdym razem przed użyciem dezynfekować. Inaczej będzie trądzik, będą nadkażenia, alergie… Po drugie, musimy dbać o to, że przed zastosowaniem dajemy coś bardzo naturalnego np. niskocząsteczkowy kwas hialuronowy, ale nie dajemy retinolu czy innych składników, które mogłyby pogarszać skórę i powodować przebarwienia.

Każde urządzenie hi-tech przed użyciem absolutnie dezynfekujemy. Nawet jeśli chodzi o włosy – muszą być one umyte, a miejsce, w którym znajduje się przedziałek, również odpowiednio odkażone. Środki antyseptyczne możemy kupić w każdej aptece, do tego nie potrzeba uprawnień. Bardzo ważne jest, żeby również mieć odkażone ręce i jałowe gaziki, które – jeżeli dotkniemy twarzy – również będą potrzebne do odkażenia. W takiej sytuacji zakażenie może się wdać przez pierwszych 15 minut i wtedy bardzo ważne jest zastosowanie jałowych gazików ze środkiem antyseptycznym.

Jeżeli tak do tego podejdziemy, powinno być w miarę bezpiecznie. Na pewno jest wśród nas wiele osób, dla których takie podejście do skóry jest super, ale na pewno też są osoby, które nawet o tym nie myślały. Jeżeli ktoś ma cienką skórę, reaktywną, wrażliwą, atopową lub nawet trądzikową, to nieprzestrzeganie tych zasad doprowadzi do lawiny niefortunnych rzeczy.

Często myślimy, że więcej to lepiej, w przypadku lamp LED – im dłużej, tym lepiej – ale tak nie jest w medycynie. Medyczne lampy LED mają swoje ileś tam minut i potem nie działają lepiej. Jeżeli czujemy, że jest nam ciepło, to im dłużej ta lampa LED, tym więcej skutków ubocznych.

Ostatnio w Warszawie powstała restauracja, do której można pójść, zjeść coś zdrowego i wynająć na 12 minut lampę LED. Możemy jeść posiłek i przy okazji za kilkadziesiąć złotych ponaświetlać buzię lampą. Czy to higieniczne i skuteczne?

Instagramowo i biznesowo to na pewno skuteczne. Jeżeli to są świetne lampy i dezynfekowane tak jak należy, to w teorii bezpieczne. Ale czy ja bym chciała przykładać sobie do twarzy lampę po kimś? Tu chyba każda z nas powinna sobie odpowiedzieć sama na pytanie.

Dużo tak abstrakcyjnych rzeczy się dzieje, że później w perspektywie tę abstrakcję odbiera się zupełnie inaczej. Jeżeli buzia będzie tylko w odległości, spoko – raz na jakiś czas możemy pójść, napić się jakiegoś kolagenu, nie kolagenu, hej. Ale jeżeli nie mamy pewności, czy to było dezynfekowane, co i jak – absolutnie.

Jeśli chodzi o czas, są różne protokoły medyczne. Protokół jednej z lamp trwa tylko 3 minuty, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Panele takie już sensownie działające, które są wbite w lampach, są poparte badaniami naukowymi. Najkrótszy to jest 7 minut, najdłuższy to 20 minut. Powyżej 20 minut nie ma lepszych efektów, tylko te efekty są stabilne. I należy pamiętać w przypadku lamp medycznych, że najczęściej co drugi dzień warto je stosować.

To porozmawiajmy jeszcze chwilę o składnikach aktywnych w codziennej pielęgnacji… Na co najlepiej postawić?

Najlepszy jest retinol. Są różne formy retinolu, ale ja jako naukowiec jestem zakochana w retinolu w egzosomach, który nie musi niszczyć naskórka, tylko działa tak, jak ma działać w skórze właściwej.

Składniki aktywne to zdecydowanie też antyoksydantny działające sumarycznie. Najwięcej badań mamy, jeśli chodzi o formy witaminy C, ale najlepiej działają rozpuszczane w fazie płynnej i w fazie tłuszczowej zmieszane razem. Wtedy takie kosmetyki zapewniają naszej skórze tarczę, która sprawia, że promieniowanie i smog się nie przedostają.

Jeśli coś ma niskocząsteczkowy kwas hialuronowy i retinol, wtedy jesteśmy bezpieczne. I znów – im mniej, tym lepiej – nie trzeba stu składników, a już na pewno nie złuszczania. To najlepsza pielęgnacja anti-aging, ale podczas stosowania wiązek światła musi ona wyglądać inaczej.

A jak byśmy miały wskazać 3 składniki ok przy lampach LED i 3 składniki, które mogą wywołać podrażnienia?

Jeśli chodzi o niebezpieczne składniki – absolutnie retinol. To jest bardzo niebezpieczne i musimy kogoś zapytać, jeśli chodzi o naszą skórę, jak go stosować i jaką formę retinolu stosować w takiej sytuacji. Dwa – witamina C – jaka forma, czy w ogóle możemy stosować przy lampach LED, czy lepiej nie? Trzy – wszystkie kwasy AHA – to jest bardzo duże nie-nie, bo może dojść do wielkiego przesuszenia i reakcji takich mega mocnych, alergicznych.

Natomiast możemy stosować kwas hialuronowy niskocząsteczkowy, średniocząsteczkowy, a nawet wysokocząsteczkowy, to będzie wtedy okluzja naskórkowa. W większości protokołów lamp LED jest jasno określone, że buzia musi być umyta i nic nie powinno znajdować się na tej buzi. Natomiast większość pacjentek dojrzałych ma skórę przesuszoną i to nie jest możliwe, aby wytrzymała protokół bez położenia czegokolwiek na twarz, więc ważne jest nałożenie czystego, podstawowego serum z kwasem hialuronowym, żeby tę skórę nawilżyć i wszystko będzie ok.

A co z SPF-ami i lampą LED?

Nigdy w tym samym czasie. Lampa LED najlepiej wieczorem – jako element wieczornej pielęgnacji. SPF koniecznie w ciągu dnia i proszę pamiętać, że po 2 godzinach krem z filtrem przestaje działać, więc dokładanie jest mega ważne. To powinna być łyżeczka na twarz i szyję – mało kto to robi. I to powinien być krem z filtrem, który ma UVA, UVB, HEV i IR – z tego najskuteczniejsze są zawsze mineralne, bo mineralne odbijają promieniowanie.

Krem z filtrem nie jest sexy, nie można wpleść go promocyjnie w technologię hi-tech, więc producenci nie stawiają tutaj nacisku, natomiast jest on bardzo ważny.

Holistyczny anti-aging, bo twój styl życia ma znaczenie

To na koniec słów kilka o holistycznym anti-agingu w codzienności. Bo dużo mówimy teraz o tych składnikach aktywnych, narzędziach, ale dbanie o siebie zaczyna się w środku. Czy może Pani powiedzieć, na co każda z nas powinna zwrócić uwagę na co dzień, aby jak najdłużej cieszyć się tym młodym wyglądem?

Holistyczny anti-aging to coś, co wypływa z tego, że nasze życie jest wielowymiarowe i dbanie o siebie też powinno być wielowymiarowe. I zaczynamy od takich prostych rzeczy, bo te proste rzeczy powodują, że nasza homeostaza organizmu (red. zdolność organizmu do utrzymania stabilnych warunków wewnętrznych pomimo zewnętrznych zmian) jest idealnie niezachwiana.

Podstawą anti-agingu jest gra hormonalna. Wyobraźmy sobie orkiestrę – jak wszystko jest w balansie, to wtedy skóra jest zagęszczona, mamy kolagen, kwas hialuronowy, super chce nam się żyć, nie mamy żadnej deprechy, ale w pewnym momencie jest tak, że życie życiem i my teorię mamy, ale o tym zapominamy.

A holistyczne dbanie o siebie i skórę to jest w dużej mierze aktywność fizyczna 3x w tygodniu przez minimum 45 minut, jak kończymy 40. rok życia, należy postawić 2x w tygodniu na trening z obciążeniem, bo kości potrzebują obciążenia. Aktywność fizyczna powinna być podstawą anti-agingu. Jest bardzo dużo badań na temat tego, jak wpływa na kolagen, elastynę, endorfiny, żebyśmy się czuły świetnie.

Kolejna sprawa to jedzenie, ale też patrzymy na jelito. Żeby wiedzieć, na co chcemy działać, musimy wiedzieć, z czym walczymy. W jelicie produkuje się 70-80 procent serotoniny, czyli naszego hormonu szczęścia. Inny jest skład mikrobiomu jelitowego u osób z trądzikiem, inny u osób z atopowym zapaleniem skóry, inny u osób dojrzałych.

Istnieją różne testy genetyczne, które są w stanie nam pokazać, jakie powinny być nasze techniki żywieniowe, jakie sportowe, trihotesty i wiele innych, które mogą wskazać nam, jakie składniki będą super działały na skórę i jaką suplementacją wesprzeć – i to w punkt. Więc takie badania również są ważne pod względem holistycznego zadbania o anti-aging.

Bo jeżeli my stresujemy się, że nie mamy kasy i kryjemy się przed mężem, że kupujemy sobie światełko za 13 koła, to już kortyzol nam skacze. Potem gdzieś po cichu robimy zabieg raz, drugi, trzeci, a potem się okazuje, że źle robimy, to myślę, że nasza satysfakcja i jakość życia spada. A jak damy sobie odpocząć, nasza skóra podczas snu się zregeneruje, to kosmetyki lepiej się wchłoną.

I to jest super i to otwiera nową przestrzeń dla nas – że znam swoją skórę i moja jest jedna jedyna i znam swoje geny, wiem, jakie są i mogę zrobić jeszcze to, to, to i to, żeby im pomóc. I dopiero na tym etapie jest hi-tech. Jak taka wisienka na torcie.


Dr n. med. Agnes Frankel, specjalistka medycyny estetycznej i anti-aging, twórczyni autorskiej metody TRUE Lift™ oraz właścicielka butikowej Dr. Frankel's Clinic w Warszawie. Dr Agnes od lat łączy medycynę, styl życia i naturalne procesy starzenia w spójną filozofię świadomego dbania o siebie.


Czytaj także:


Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!
Reklama
Reklama
Reklama