Reklama

Wielu z nas zdarza się obudzić w poniedziałek rano i poczuć jeszcze większe zmęczenie niż przed weekendem. W takiej sytuacji warto odpowiedzieć sobie na pytanie: "Jak wyglądał mój weekend?". Czy udało ci się poświęcić czas na odpoczynek, czy może funkcjonowałeś na wysokich obrotach, żeby być jak najbardziej produktywnym? Psycholożka Sylwia Sitkowska zdradziła nam, z jakiego powodu tak się dzieje.

Czujesz się gorzej po wolnym niż po pracy? To kredyt energetyczny

Katarzyna Troszczyńska: Dlaczego tak wiele z nas czuje się bardziej zmęczonych po weekendzie niż po tygodniu pracy? W poniedziałek często słyszę od koleżanek: ledwo żyję.

Sylwia Sitkowska: W tygodniu działa struktura: zadania, plany, konkretny rytm dnia. Organizm wie, czego się spodziewać. Nawet jeśli jest ciężko, to jest przewidywalnie. W weekend ta struktura znika, a napięcie… zostaje. I dopiero wtedy ciało przestaje „trzymać pion”. To trochę jak z bólem, który pojawia się dopiero wtedy, gdy przestajemy biec. Ciało pozwala sobie poczuć zmęczenie, senność, rozdrażnienie. Zaczyna nas boleć głowa, kark. Pojawiają się też emocje, które w tygodniu są zagłuszane przez działanie. To nie zawsze jest ucieczka. Często to jedyny sposób, żeby funkcjonować, bo przecież trzeba zarabiać, wychowywać dzieci, robić wiele rzeczy, na które nie mamy ochoty.

Czy to jest sygnał, że jesteśmy chronicznie przemęczeni, a weekend tylko to odsłania?

Bardzo często tak. Weekend pokazuje stan, w jakim jesteśmy na co dzień, tylko w tygodniu tego nie zauważamy. Jeśli regularnie czujemy się gorzej po wolnym niż po pracy, to znak, że funkcjonujemy na długim kredycie energetycznym. Regeneracja nie nadąża za wydatkiem energii. I to nie jest kwestia „słabej psychiki”, tylko stylu życia, w którym napięcie stało się normą, a odpoczynek czymś, co próbujemy upchnąć między inne obowiązki. Zmęczenie po weekendzie to nie jest sygnał: „jesteś leniwa”. To raczej sygnał: „za długo byłaś dzielna”.

Czyli tzw. „crash weekendowy” to forma mikrowypalenia?

Powiedziałabym raczej, że to moment ostrzegawczy. Coś pomiędzy „jeszcze daję radę”, a „zaraz nie będę dawać rady”. Pamiętam klientkę, bardzo sprawczą i wysoko funkcjonującą, która mi powiedziała: „Ja nie mam już siły odpoczywać. Wolne dni mnie bardziej męczą niż praca”. To nie było wypalenie w klasycznym sensie. Ona nadal działała i była skuteczna. Ale organizm jasno komunikował, że regeneracja nie nadąża za wysiłkiem. A zatem ten „crash weekendowy” to sygnał: jeszcze jedziesz, ale już na rezerwie. I im dłużej będziemy to ignorować, tym większy rachunek zapłacimy później.

Co najbardziej wykańcza nas w weekendach?

Co, Twoim zdaniem, psychicznie najbardziej wykańcza nas w weekendach? Niektóre kobiety mówią: „nie umiem odpoczywać”.

I często nie odpoczywają. Dla wielu osób weekend stał się kolejnym projektem do zrealizowania. Trzeba się zregenerować, spotkać, być dobrą partnerką, rodzicem, znajomą, „naładować baterie”. A przy okazji jeszcze nadrobić wszystko, na co w tygodniu nie było czasu. Do tego dochodzi nadmiar bodźców: późne spanie, alkohol, social media, seriale do nocy, chaotyczne jedzenie. Psychicznie najbardziej męczy brak ciszy wewnętrznej. Ciągle coś robimy, nawet jeśli nazywamy to „relaksem”. A prawdziwy odpoczynek zaczyna się dopiero wtedy, gdy nie musimy już niczego ze sobą robić.

Zresztą wiele kobiet całe życie uczyło się być „w gotowości”. Do innych. Do dzieci. Do pracy. Do relacji. W gabinecie słyszę czasem: „Jak nic nie robię, to mam poczucie, że coś zaniedbuję”. Albo: „Nie potrafię tak po prostu odpuścić, bo wtedy czuję się winna”. Odpoczynek emocjonalny wymaga wyłączenia czujności. A to dla wielu kobiet jest sprzeczne z tym, jak były wychowywane. Żeby ogarniać, przewidywać, być odpowiedzialną za klimat emocjonalny wokół. Z własnego doświadczenia wiem też jedno. Nawet gdy ciało odpoczywa, głowa potrafi dalej pracować. Myśli, analizuje, planuje, martwi się. Dlatego tak wiele kobiet wraca z weekendu zmęczonych. Fizycznie zwolniły, ale emocjonalnie nigdy naprawdę nie zeszły „z dyżuru”.

A czy presja, żeby „dobrze wykorzystać weekend”, może też tak naprawdę męczyć?

Oczywiście. Weekend ma być wartościowy, intensywny, regenerujący, rodzinny, rozwojowy. Najlepiej jeszcze „instagramowy”. Media społecznościowe podkręciły poczucie, że nawet odpoczynek można robić „lepiej” albo „gorzej”. Słyszę czasem: „Jak nic nie zaplanuję na weekend, to mam wrażenie, że marnuję czas”. Tyle że odpoczynek nie działa na zasadzie checklisty. Im więcej presji, by odpocząć „dobrze”, tym bardziej zostajemy w trybie zadaniowym. A ten tryb wyklucza regenerację. Paradoks weekendu polega na tym, że najbardziej regenerujące rzeczy są zazwyczaj najmniej spektakularne. I często wcale nie wyglądają jak „dobrze wykorzystany czas”.

Do tego wciąż panuje kult efektywności, który wszedł nawet w obszar wolnego czasu. Nauczyliśmy się myśleć, że każda chwila powinna mieć sens, wartość, dawać konkretny rezultat. Do tego dochodzą wzorce z domu: „weekend to czas nadrabiania”, „jak jest wolne, to trzeba coś zrobić”, „nie wypada się obijać”. Wielu osobom bezczynność nadal kojarzy się z lenistwem albo brakiem ambicji. Czasem pytam klientki: „A kto powiedział, że weekend ma wyglądać tak, a nie inaczej?”. I zapada cisza. Bo bardzo często to przekonanie nie jest nasze. Jest przejęte. Od kogoś z rodziny, z kultury, z porównań, z narracji, że życie trzeba „dobrze zagospodarować”.

Jaką rolę w zmęczeniu weekendowym odgrywa przebodźcowanie, także społeczne?

Ogromną, choć często niedocenianą. Weekend bywa momentem, w którym nie ubywa bodźców. Zmienia się ich rodzaj. Zamiast maili i spotkań pojawiają się rozmowy, wyjazdy, zakupy, wspólne aktywności, planowanie „czasu razem”. Dla organizmu to nadal wysoki poziom stymulacji. Zwłaszcza jeśli przez cały tydzień funkcjonujemy w napięciu, a w weekend dokładamy kolejne bodźce zamiast je wygaszać. Przebodźcowanie społeczne działa podstępnie, bo jest opakowane w coś, co „powinno być przyjemne”. A ciało nie rozróżnia, czy bodziec jest miły czy wymagający. Reaguje na ilość, intensywność i brak przerw.

Kontakty społeczne potrafią męczyć bardziej niż praca

Czyli tzw.„social overload” może męczyć tak samo jak praca?

Tak. I czasem męczy bardziej. Praca, nawet trudna, często ma strukturę, ramy i przewidywalność. Kontakty społeczne w weekend bywają bardziej chaotyczne, emocjonalne, wymagają uważności i dostosowania się. Social overload nie musi być niechęcią do ludzi. To przeciążenie wynikające z nadmiaru interakcji, rozmów, bodźców emocjonalnych, konieczności bycia „obecną” i reagującą.

Sama czasami tego doświadczam i piszę o tym na Instagramie. Nawet dobre spotkania, fajne wyjazdy czy rodzinny czas potrafią zostawić poczucie zmęczenia. Dlatego, że nie było w nich przestrzeni na bycie samej ze sobą. Radość nie znosi presji. Aktywności, które mają „dać relaks”, często robimy w tym samym trybie co obowiązki: intensywnie, bez przerw, z myślą, że trzeba z nich coś wyciągnąć. Zdarza się, że ktoś jedzie na weekendowy wyjazd, który obiektywnie jest przyjemny, ale wraca bardziej zmęczony niż przed wyjazdem. Z mojego doświadczenia wynika, że największą różnicę daje nie to, co robimy, ale jak. To samo spotkanie, ta sama aktywność mogą, albo regulować, albo dalej przeciążać, zależnie od tempa, ilości bodźców i przestrzeni na przerwę. Czasem najbardziej regenerujące nie są te rzeczy, które miały nas cieszyć, tylko te, które niczego od nas nie chcą.

Jak rozpoznać, że weekend nie jest „dla mnie”, tylko dla wszystkich wokół?

To zwykle widać nie po kalendarzu, tylko po ciele. Jeśli w niedzielę jesteś bardziej zmęczona niż w piątek, jeśli łapiesz się na irytacji, napięciu, poczuciu bycia „używaną” zamiast obecną, to jest sygnał. Innym znakiem jest brak przestrzeni na spontaniczność, uśmiech, radość. Weekend wypełniony cudzymi potrzebami, planami i oczekiwaniami, w którym nie ma ani jednego momentu tylko dla ciebie, bardzo szybko przestaje być weekendem. U mnie to zawsze był wyraźny sygnał, że coś trzeba skorygować. Jeśli po wolnym czasie mam poczucie, że mnie w nim nie było, to znaczy, że był dla wszystkich, tylko nie dla mnie. I jeszcze jedna rzecz. Czasem to wcale nie jest kwestia realnych oczekiwań otoczenia. Czasem nikt niczego od nas nie chce, poza nami samymi.

Jak to zmienić? Można ustanawiać jakieś weekendowe zasady w rodzinie?

Dla mnie kluczowe było odejście od myślenia, że zasady trzeba tłumaczyć i uzasadniać. Prawdziwa zmiana zaczęła się wtedy, gdy przestałam negocjować weekendy z otoczeniem, a zaczęłam rozpoznawać własne automatyzmy. Bo granice nie zaczynają się na powiedzeniu „nie” innym. One zaczynają się od powiedzenia „nie” temu wewnętrznemu przymusowi bycia ciągle potrzebną, użyteczną, produktywną. Dopiero gdy sama zaczęłam traktować odpoczynek jak coś oczywistego, a nie luksusowego, otoczenie też zaczęło to respektować. Nie dlatego, że je przekonałam, tylko dlatego, że przestałam się z tego tłumaczyć. Na początku nie było łatwo, ale każda zmiana wymaga ułożenia porządku na nowo.

Jak sen i rytm dnia wpływają na samopoczucie?

A na ile rozregulowanie snu i rytmu w weekend wpływa na nasze poniedziałkowe samopoczucie?

Wpływa bardzo mocno, bo sen, rytm dobowy i ruch są głównymi regulatorami energii i nastroju. Weekendowe „rozjeżdżanie się”, późniejsze chodzenie spać, długie dosypianie, nieregularne posiłki działają jak jet lag bez podróży. Organizm nie odróżnia, czy zmieniliśmy strefę czasową, czy po prostu oglądaliśmy seriale do drugiej w nocy. W poniedziałek próbujemy wrócić do trybu funkcjonowania, a ciało i psychika są jeszcze w innym rytmie. Stąd zmęczenie, rozdrażnienie, spadek koncentracji. To kwestia tego, że nasz organizm potrzebuje przewidywalności, żeby dobrze nam służyć.

Czy dla psychiki równie ważny jest stały rytm, co dla ciała?

Dokładnie tak. I to jest coś więcej niż plan dnia. Chodzi o poczucie przewidywalności, bo ono daje spokój. Gdy wiemy, kiedy jest czas aktywności, a kiedy czas wyhamowania, napięcie naturalnie spada.

Znam takie osoby, które „odpuszczają wszystko” w weekend. Nie mam tu na myśli odpoczynku. Mam na myśli całkowite zniesienie ram: brak godzin snu, brak ruchu, brak posiłków o stałych porach, brak wyjścia z domu, brak jakiejkolwiek struktury. Od czasu do czasu można sobie zrobić taki dzień. Wszystko jest dla ludzi. Ale dla większości osób taka totalna dowolność wcale nie jest regenerująca. Psychika zamiast odpoczywać, ciągle się adaptuje do chaosu, bodźców, zmiennego tempa. A adaptacja też kosztuje. Stały, łagodny rytm, nawet w weekend, działa dla psychiki jak poręcz. Nie ogranicza, tylko podtrzymuje.

Dla mnie „umieć odpoczywać” to umieć regulować swoją energię, a nie tylko ją zatrzymywać. Odpoczynek nie zawsze oznacza wyhamowanie. Czasem oznacza mądre uruchomienie ciała, oddechu, rytmu. Umieć odpoczywać to wiedzieć, co mnie realnie regeneruje fizycznie i psychicznie, a nie, co ładnie wygląda albo chwilowo odcina od myślenia. To umiejętność odróżnienia ulgi od regeneracji. Czasem to oznacza położenie się i nicnierobienie. A czasem dokładnie odwrotnie – wstanie i zrobienie czegoś.

Jak uczyć się takiego odpoczynku, po którym poniedziałek nie boli?

Po pierwsze, uznać niewygodną prawdę: energia rodzi energię. Na początku to brzmi jak paradoks. Bo kiedy jesteśmy zmęczeni, ostatnią rzeczą, na jaką mamy siłę, jest aktywność. A jednak bardzo często to właśnie ona nas uruchamia z powrotem. Aktywność fizyczna, jakakolwiek, jest jednym z najsilniejszych biologicznych regulatorów nastroju i energii. Na początku bywa traktowana jak kolejny obowiązek. Z czasem zaczyna działać jak przycisk reset. Nie chodzi nawet o ambicję ani o formę. Chodzi o sygnał wysyłany do organizmu: jest ruch, jest rytm, jest życie. To reguluje hormony, sen, napięcie i emocje. Pamiętam, jak sama zaczynałam powrót do ruchu po dłuższym czasie bez aktywności. To była droga przez mękę i kolejna rzecz na liście. Na szczęście to mija po kilku tygodniach, kiedy zaczynamy doświadczać pozytywnych efektów.

Warto też uczyć się odpoczynku, który ma strukturę. Stałe pory snu, trochę ruchu, jeden moment ciszy, jeden moment przyjemności. Proste rzeczy, ale właśnie one działają. I trzeba przestać czekać, aż odpoczynek „sam się wydarzy”. Regeneracja to proces. Wymaga decyzji, czasem wysiłku, czasem wyjścia z bezruchu. Prawdziwy odpoczynek nie polega na tym, że w poniedziałek nic nie czujemy. Polega na tym, że mamy z czego ruszyć. I jeszcze jedno. Warto sprawdzić, czy zmęczenie nie wynika z niedoborów witamin, zaburzeń hormonalnych albo chorób. Możemy wprowadzać świetne zmiany, ale jeśli organizm działa w deficycie, to nie rozwiążemy problemu samym sportem, snem i siłą woli.

Odpoczynek w weekend krok po kroku

Jakie trzy rzeczy warto zmienić już od najbliższego weekendu, żeby poczuć różnicę?

Po pierwsze: nie próbować nadrobić całego życia w dwa dni. Weekend nie jest po to, żeby zamknąć wszystkie zaległości. Po drugie: zadbać o ruch, choćby minimalny. Spacer, wyjście z domu, rozruszenie ciała. To często robi większą różnicę niż kolejna godzina „odpoczynku” na kanapie. Po trzecie: zostawić w weekendzie trochę pustki. Nie planować wszystkiego. Zostawić miejsce na „nicnierobienie” bez poczucia winy albo na spontaniczną decyzję. To drobne korekty, ale często wystarczą, żeby poniedziałek był łagodniejszy.

Dwie skrajności weekendu: „kanapa i Netflix” albo „imprezy i aktywność”. Skąd wiedzieć, co jest moje?

Dla mnie kluczowe jest jedno pytanie: czy to, co robię w weekend, zwiększa moją „pojemność na życie”, czy ją zmniejsza. Ten sam serial może być aktem troski albo formą ucieczki. Ta sama aktywność może być ożywcza albo kompulsywna. To, co jest „moje”, zwykle nie zostawia po sobie ani pobudzenia, ani otępienia. Zostawia lekki porządek wewnętrzny. Poczucie, że coś się ustawiło, nawet jeśli niewiele się wydarzyło.

Z mojego doświadczenia wiem, że najczęściej mylimy swoje potrzeby z nawykami regulowania napięcia. Robimy to, co znamy, nie to, czego naprawdę w danym momencie potrzebujemy. Jak tego uniknąć? Ja często w piątek pytam samą siebie, w jakim stanie jestem i co przesunie mnie choć o jeden stopień w stronę równowagi. U mnie bardzo często jest to coś małego i nieefektownego. Nie cały weekend „dla siebie”, tylko jedna decyzja, która nie jest automatyczna. Jedna rzecz, która nie służy nikomu innemu poza mną.

Co poleciłabyś osobie przebodźcowanej, wrażliwej, przeciążonej emocjonalnie?

Przede wszystkim ograniczyć środowiska, które wymagają ciągłego reagowania. Nie wszystko trzeba „przechodzić przez siebie”. Z mojego doświadczenia, i bardzo świadomie to stosuję, przynajmniej w weekend nie zmuszam się do przebywania w miejscach czy sytuacjach, które mnie przeciążają emocjonalnie. To nie jest unikanie życia, ale higiena psychiczna. Dla osób wrażliwych kluczowe są cisza, przewidywalność, prostota. Mniej bodźców, mniej rozmów, więcej bycia w swoim tempie.

A co takiej polecisz osobie „zadaniowej”, która nie umie zwolnić?

To akurat bardzo o mnie. Dla osób zadaniowych problemem nie jest brak energii, tylko brak zatrzymania. Bardzo pomaga wszystko, co spowalnia i wymaga cierpliwości. Joga, pilates, medytacja, uważny oddech. Rzeczy, które nie dają natychmiastowego efektu i nie da się ich „zrobić szybciej”. To są praktyki, które uczą bycia w procesie, a nie w wyniku. Dają przestrzeń na pytanie, od którego często uciekamy: dokąd ja tak pędzę i po co? Dla zadaniowych to bywa frustrujące, ale właśnie dlatego otwiera nowe ścieżki regulacji.

Po czym poznam, że mój weekend naprawdę mnie leczy, a nie dobija?

Po tym, z jaką emocją na niego czekasz. Jeśli myśl o weekendzie przynosi ulgę i ciekawość, a nie napięcie i kalkulowanie, to bardzo ważny sygnał. Dobry weekend to taki, na który się czeka. Nie taki, którego trzeba się „bać”, bo wiadomo, że będzie kolejnym maratonem obowiązków, spotkań, nadrabiania i emocjonalnej pracy. Drugi sygnał to poniedziałek. Nie chodzi o euforię ani pełne naładowanie baterii. Chodzi o to, czy wchodzisz w tydzień z poczuciem, że jesteś wzmocniona, a nie po raz kolejny poobijana. Jeśli po weekendzie czujesz więcej spokoju, jasności i łagodności wobec siebie, jeśli było w nim miejsce na ciebie, i jeśli zamiast ulgi, że „już się skończył”, pojawia się myśl: „to było mi potrzebne”, to znaczy, że weekend naprawdę leczy. Odpoczynek działa wtedy, gdy nie trzeba się przed nim bronić.

Czy to jeszcze niechęć do pracy czy już wypalenie?

A skąd twoim zdaniem biorą się “sunday blues” i “sunday scaries”, czyli niedzielne lęki przed nowym tygodniem?

To ważny problem, bo ja często od pacjentek słyszę zdanie: „Niedziela mnie dobija, bo cały czas mam w głowie poniedziałek”. „Sunday blues” nie bierze się z lenistwa ani z braku motywacji. To stres wyprzedzający, napięcie, które zaczyna się zanim tydzień jeszcze ruszy. Organizm już się mobilizuje, mimo że nadal jest weekend. Z mojego doświadczenia, także osobistego, to nie zawsze jest lęk przed samą pracą. Częściej przed powrotem do trybu, w którym znowu nie ma miejsca na siebie. Są role, zadania i odpowiedzialność. I to wszystko wraca naraz. Dlatego niedziela bywa smutna, ciężka, pełna napięcia. Kończy się chwila względnego oddechu.

Na ile niecheć do pracy i niewidoczne wypalenie wpływają na poniedziałkowe zmęczenie?

Bardzo mocno. I często bardziej niż brak snu czy zły weekend. Poniedziałkowe zmęczenie bywa jednym z pierwszych sygnałów wypalenia zawodowego, które jeszcze nie jest nazwane. Wypalenie rzadko zaczyna się od spektakularnego kryzysu. Częściej od cichej niechęci: do poniedziałku, do maili, do ludzi z pracy, do myśli „znowu trzeba”. Pojawia się emocjonalne wyczerpanie, cynizm albo zobojętnienie, spadek poczucia sensu, nawet jeśli formalnie wszystko „działa”.

W takim stanie organizm nie regeneruje się w weekend, bo odpoczynek nie rozwiązuje problemu, który czeka w poniedziałek. Mobilizuje się przeciwko czemuś, czego nie chce. To kosztuje ogromne ilości energii. Stąd napięcie już w niedzielę wieczorem i ciężar w poniedziałek rano.

Jest też ważna różnica diagnostyczna, o której rzadko się mówi. Wypalenie i depresja mogą wyglądać podobnie, ale zachowują się inaczej w odpoczynku. Przy wypaleniu często obserwujemy, że na urlopie lub po dłuższym oderwaniu od pracy nagle pojawia się ulga. Wraca energia, ciekawość, czasem nawet radość. Organizm pokazuje wtedy wyraźnie: problemem nie jest życie jako całość, tylko konkretne środowisko i sposób funkcjonowania. W depresji jest inaczej. Urlop nie przynosi realnej poprawy. Obniżony nastrój, pustka, brak energii i sensu utrzymują się niezależnie od miejsca i okoliczności. Odpoczynek nie „odsłania zdrowia”, tylko pokazuje, że trudność jest głębsza i wymaga leczenia. Dlatego poniedziałkowe zmęczenie warto traktować poważnie. Czasem to kwestia snu czy rytmu. A czasem to czytelny sygnał, że wracamy do miejsca, które nas systematycznie zużywa. I żaden weekend nie jest w stanie tego naprawić.


Sylwia Sitkowska. Psycholożka, psychoterapeutka, nauczycielka akademicka. Ukończyła Uniwersytet SWPS i szkołę psychoterapii poznawczo- behawioralnej CBT EDU. Właścicielka poradni Przystań Psychologiczna, prezeska Fundacji Terapeutycznej, założycielka Szkoły Treningu Umiejętności Społecznych. Autorka poradników psychologicznych i kursów online. Specjalizuje się w terapii par oraz indywidualnej osób dorosłych.


Czytaj także:


Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!
Reklama
Reklama
Reklama